umop apisdn
Przedmowa
Wciągnęłam się w kierat nowego kołchozu. Zaczęłam dyżurować w Izbie Przyjęć jednego z maciupkich, chociaż klinicznych, lokalnych szpitali. To jedyna placówka jaką znam, która nie ma sali obserwacyjnej w ramach Izby i gdzie "nie wypada" leczyć.
Pielęgniarki obrabiają tyłki każdemu, kogo akurat nie ma w pracy, swoim koleżankom, salowym, noszowym, lekarzom, portierom, pacjentom. Wszystkim! Daję im się tresować - w granicach przeze mnie akceptowalnych. Są bardzo przywiązane do nazwy Izba Przyjęć i każdemu lekarzowi, który próbuje wykraczać poza utarty przez nich standard minimum wybijają z głowy te zapędy, tłumacząc, że to nie Oddział Ratunkowy. Tym sposobem ograniczają swoją pracę i oczekiwania co do mojej, do segregacji pacjentów na tych do przyjęcia, albo do domu. Czasem wolę zrobić coś sama, niż wysłuchiwać ich moralniaków, że nie powinnam tego czy owego, że ZUS ZLA to za pieniądzę mogę wystawiać lub dla znajomych, a reszta do przychodni, że pacjentów spoza rejonu się odsyła, choćby stali połamani kolką nerkową lub z ostrym brzuchem. Czasem zdążę pierwsza przechwycić chorego i wciągnąć go do gabinetu lekarskiego na badanie. Problematyczne są też dla nich wkłucia dożylne, dlatego chętnie wykonuję je samodzielnie, poćwiczę rękę.
Oczywiście wszystko zależy od składu, od konkretnej jednostki i konkretnej osoby.
W środku nocy do Izby wpełzła kobieta z dusznością. Świst było słychać już na korytarzu. Zebrałam wywiad, z którego się dowiedziałam, że pani choruje na astmę od kilkunastu lat, że aktualnie jest pijana, w ciąży i że zjadła garść tabletek hydrokortyzonu, do tego teofilinę, w pogotowiu dali jej do wenflonu kolejny steryd i kolejną teofilinę. I teraz z tym wkłuciem na przedramieniu zasiadła na kozetce i świszczała. A była przy tym miła, wesoła i sympatyczna. Podawanie jej dożylnie kolejnej teo i fenicortu mijało się z celem. Tylko leki wziewne zostały. Ale nie ma w ogóle takiej możliwości w Izbie. Nie ma nebulizatora, nie ma beta mimetyków. Zadzwoniłam do internistki, która ochoczo pożyczyła mi wyżej wymienione elementy mając nadzieję na uniknięcie przyjęcia. I tak się stało. Pacjentka zachwycona, zadowolona, uchachana przestała się dusić, podziękowała nam i obdarowała pochwałą, że takiego miłego personelu lekarskiego i pielęgniarskiego to nigdy nie spotkała. W książkę wpisałam dokładnie co podałam, pomimo, że były to leki niedostępne w spisie i receptariuszu. Ale to ja mam długopis i pieczątkę. O. I chuj.
Innym razem urolog zszedł skonsultować kolkę nerkową, jakąś oporną. Poprosił między innymi o domięśniowy diklofenak. Powiedziałam, że nie mamy, ale na wszelki wypadek spytałam pań pielęgniarek. Uniosły się gdacząc jedna przez drugą, że się tym doktorom w dupach przewraca i sobie diklofenaki wymyślają i że one tu robią ich robotę, bo każde cewnikowanie powinien robić urolog, ko ko ko!! Lekarz uprzejmie odparł, że cewnikować umie każdy lekarz więc przyjaźnie mu zawtórowałam, po czym na stronie zapytałam czy w oddziale mają wspomniany lek, to ja podam do mięśnia.
- NIE PODAJEMY ŻADNYCH LEKÓW, KTÓRYCH NIE MAMY W SPISIE IZBY!!! - zaskrzeczała wyjątkowo głośno, drukowanymi literami jedna z pielęgniarek.
- Sorry - wyszeptałam z przepraszającą miną i zrobiło mi się potwornie głupio. Pierdolone formalności. Posrany system.
Ale to tylko wstępem, bo chciałam o czymś zupełnie innym. Ale to może za chwilę.
No jak się zbiorę. Kiedyś tam. W najbliższym czasie. Tak.
2009-10-30 | 20:54:39
skomentuj
(3)
Loteria
Kierowca wypucował samochód, który wrócił właśnie z warsztatu, przetarł w środku plastikowe elementy, wypryskał szyby pachnącym płynem i starł wszelkie smugi. Naklejki firmowe dumnie prężyły się na blacharce.
W tym samym czasie w budynku podnajmowanym przez Firmę robotnicy stawiali rusztowanie, prezentując teatr cieni za oknem, a z tej rurowej konstrukcji ocieplali ścianę południową styropianem. Białe kulki fruwały w powietrzu, unosiły się, przedostawały szczelinami w każde miejsce.
Wsiedliśmy z kartą wyjazdową. Kluczyk w stacyjce, warkot silnika, szum dmuchawy...
- O kurwa, jak w totolotku - skomentował kierowca na widok małych, białych kuleczek unoszących się i opadających po chwiejnym torze.
***
Alleluja. Bóg zstąpił na ziemię. I to nie jeden!!! Często dane w karcie wyjazdowej nijak sie mają do tego, co zastaję na miejscu. Albo nie zgadza się adres, albo dane osobowe, a najczęściej powód wezwania. Zastanawiam się kto jest bardziej pijany - pacjenci czy dyspozytorzy. No dobrze, wiem, pacjenci sa laikami i bełkoczą od rzeczy, a pani telefonistka próbuje z tego ułożyć jakąś sensowną historyjkę i zdecydować czy wysłać zespół. Jednak z drugiej strony słuchawki wygląda to jak niedopracowana automatyczna sekretarka przyjmująca każdy telefon jako pilną wizytę.
Przed piątą otworzył się pacjentowski worek. Chorzy się pobudzili i uznali, że tak dłużej być nie może, czas się wyleczyć. Jechaliśmy na którąś z rzędu wizytę, pod hasłem "ból brzucha". Na drodze stała kobieta i dawała nam znaki rękami, że to tu.
- Ooo, machacz. Jak miło. Ciekawe skąd wiedziała, że już jedziemy. Zawsze im mówią, że to trzy godziny.
Wysiadłam z tobołkami i ruszyłam wąskimi, krętymi schodami podmiejskiej kamienicy na pierwsze piętro. Na wersalce leżała zasuszona staruszka i mrugała zmęczonymi oczami.
- Dzień dobry pani! - Zaczęłam głośno na wszelki wypadek.
- Y my by y y - wyjąkała coś pacjentka.
- Gdzie boli?
Trzęsącą ręką pokazała nieprecyzyjnie gdzieś po prawej stronie brzucha.
- A te plamy to od kiedy są - zapytałam obecnej w mieszkaniu córki.
- Przed chwilą pani doktor. Ona tak nagle. No przed chwilą jeszcze normalnie mówiła. I ciśnienie jej spadło, ma teraz sto dziesięć na siedemdziesiąt, a zawsze miała wyższe.
Pomyślałam o odwodnieniu, bo i zaburzenia świadomości by pasowały - gdyby nie postępowały tak szybko i właściwie na moich oczach i gdyby nie ta marmurkowata skóra. Założyłam mankiet i napompowałam gruszką. Głucho. Jeszcze raz. Nic.
Zgarnęłam ze stołu dowód osobisty chorej.
- Idę do samochodu wezwać pogotowie, zaraz wracam - poinformowałam zebranych i popędziłam drabiniastymi schodami w dół. Klapnęłam dupą w fotel pasażera.
- Chcesz poćwiczyć reanimację? - zapytałam kierowcy studiującego właśnie ratownictwo i chwyciłam za radio. Podałam dane i poprosiłam o pilne wezwanie pogotowia do nieprzytomnej.
Poszliśmy razem na górę.
- Pani doktor, teraz jeszcze jej ręce zsiniały - lamentowała córka.
- Pięknie - pomyślałam. - Ściągamy panią na podłogę - powiedziałam już na głos. Kilka sekund później łamaliśmy niepodatne, stare żebra masując pośrednio serce. Ambu w przychodni nie ma, więc wentylowałam przez maskę twarzową z filtrem w postaci papierowej pseudozastawki. Kiedy się jedzie na sygnale do pacjenta, budynki szybko przesuwają się za oknem, samochody mijają karoserię o włos, a wszystko trwa ułamki sekund. Kiedy pompuje się umierającego, sekundy trwają minuty i czas się wleeeecze. Nie opanowałam jeszcze sztuczki identyfikacji żyły u półtrupów, więc dwa razy wyciągnęłam prawidłowo założony przez siebie wenflon, sądząc że się nie udało. W efekcie nie mieliśmy dostępu do żyły, za to na podłodze rozlała się czerwona kałuża, w której klęczałam w prywatnych bojówkach. Oprócz służbowej kamizelki z emblematami się nie przebieram, przecież to tylko przychodnia i wyjazdy do kaszlu i kataru. Po dziesięciu minutach przyjechała karetka reanimacyjna. Była godzina szósta czterdzieści rano. Zmiana dyżurnego personelu jest o siódmej. Tak, to bardzo istotny czynnik rokowniczy. Wbiegło dwóch ratowników ze sprzętem. Ucieszyłam się na ich widok i odstąpiłam miejsca przy chorej. Za chwilę wgramolił się starszy lekarz. Zebrał ode mnie krótki, ale esencjonalny wywiad, w którym opowiedziałam, że starsza pani bez obciążeń, z bólem brzucha, zatrzymała się krążeniowo w mojej obecności i od początku prowadzony jest BLS.
- Proszę nie masować - zwrócił się do mojego kierowcy i poprosił o przyłożenie łyżek defibrylatora. - No tak, asystolia. - zawyrokował. Zróbmy wydruk. Proszę pani - skierował się do córki - pacjentka nie żyje.
I to tyle, jeśli chodzi o popisy ratownictwa medycznego. Zamurowało mnie. Potem wytrzęsło. Później postanowiłam czym prędzej stamtąd zwiewać, zanim będę świadkiem rodzinnej histerii i dostanę czymś ciężkim po głowie za współudział.
- Halo, centrala - zatrzeszczałam przez radio - skończyliśmy wizytę.
- A co tam się stało? - zainteresowała się dyspozytorka.
- Pacjentka umarła.
- A... aaha...
Wniosek jest taki, żeby nie chorować w okolicy godziny siódmej i dziewiętnastej, bo przyjedzie pan bóg i wyśle nas do wszystkich diabłów. Amen
2009-10-27 | 21:47:47
skomentuj
(3)
Katowice
Urlop. Cz.2.
No tak no tak. Miałam napisać i nie napisałam. Po Poznaniu były Katowice. Festiwal Nowa Muzyka. Do pociągu wsiadłam bez karnetu i już miałam zrezygnować, zdołowałam się, chciałam wracać i mieć wszystko w dupie i spać cały łikend. Ale się zmusiłam, zainwestowałam ponownie w bilet i podreptałam w stronę kopalni. Festiwal udał się dosyć nawet. W obrębie imprezy serwowali wyjątkowo ohydne i rozwodnione piwo Lech, więc chodziliśmy kładką nad trasą samochodową do stacji benzynowej nabyć wódkę, red bulla i inne uzupełniacze, które to substancje w mieszaninach spożywaliśmy na moście, razem z innymi uczestnikami imprezy. To był bardzo konsumpcyjny most. W Da Grasso podali nam pizzę z jalapeno - mieloną. Dla prawdziwych twardzieli. Danie, które pali, szczypie dwa razy.
Co do Line-up: Pivot (TAK!), King Cannibal (ok), Ebony Bones (oczywiście!!!), Jon hopkins (mmm nieźle!), Fever Ray (obleci; no doooobra, fajna była).
Powrót do Wszawy w normalnych warunkach. Chyba. Chociaż nie pamiętam. Później chyba szłam do pracy i miałam jakiś dyżur i znowu do pracy i...
Urwał mi się film prawdopodobnie.
Ale festiwal wart powtórzenia. Za rok.
2009-10-21 | 21:49:40
skomentuj
(0)
Poznań
Kiedy patrzę na czytany przez małżonka Lód Dukaja, to robi mi sie głupio, że nie mogę nawet kilku zdań wklepać gutitkami na blog. A przecież nawet mam o czym opowiadać. To może po kolei.
Urlop. Cz.1.
Ostatni tydzień zaplanowałam na kontakty towarzyskie i koncerty. Bilety na Radiohead i Taurona leżały w szufladzie już od tygodni. Pojechałam na dworzec.
- Normalny do Poznania poproszę.
- Nie ma - odpowiedziała za szybą pani w średnim wieku, z wyglądu stereotypowa kasjerka, bufetowa.
- Nie ma pociągu czy miejscówek? - zapytałam zaniepokojona.
- Miejsc.
- A to wiem, sprawdzałam w internecie. Poproszę stojące.
- Bo koncert jest - uświadomiła mnie sklepowa.
- Właśnie na niego jadę - uśmiechnęłam się.
Do pociągu udało mi się wejść w miarę szybko, jednak wszystkie miejsca w Warsie zajęli ci szybsi. Udałam się do wagonu z wieszakami na rowery i znalazłam sobie wygodną miejscówkę na podłodze, na plastikowej wykładzinie typu 'trawka' do wycierania butów. Nawet miękko i wygodnie. Po godzinie zrobiło mi się potwornie zimno, chociaż na zewnątrz panował upał wylewający z ludzi litry potu. Jedną stację przed Poznaniem dosiadła się metka, pasztetowe dziewczę, które zasiadło na przeciwko mnie, blokując przejście ludziom, tak że deptali po mnie, a nie po niej. Widok zmienił mi się na wyjątkowo paskudny, więc wstałam i patrzyłam przez okno. Wtedy się zorientowałam, że cały czas siedziałam na wylocie klimatyzacji. Genialnie.
Na miejscu poszwendałam się ze znajomymi i ich znajomymi i znajomymi tych znajomych, co doprowadzało mnie do frustracji i przygnębienia, bo wieloosobowa wycieczka wlekła się od postoju do postoju. Bo ten chce siku, a tamten jeść, a temu się pić zachciało, a inny musi rzeczy gdzies zostawić, a jeszcze trzeba kogoś spotkać itp itd. Wyciągnęłam z kieszeni wydrukowaną z gógla mapkę okolicy i postanowiłam przejąć funkcje przewodnika stada. Jako osoba niewidzialna zostałam szybko zapomniana i przeoczona, więc kluczyliśmy i błądziliśmy, ale w końcu dotarliśmy na miejsce. Przyjemne miejsce. Klimat festiwalowy - dużo ludzi, scena, trawnik. Rozłożyłam się w pobliżu płotu, z bluzą pod głową i czekałam aż jegomoście z supportu przestaną rzępolić.
Wreszcie Radiohead wyszli na scenę, a publiczność szalała i przemieszczała się w coraz to nowsze, lepsze miejsca widokowe. Usiadłam, obawiając się, że ktoś nadepnie mi na brzuch i zmiażdży wszelkie jego narządy miąższowe. Niewidzialność. Najpierw kilka osób mnie szturchnęło lekko stopą lub kolanem. Przysunęłam się bliżej innych siedzących. Seria trzech widzów kopnęła mnie w plecy. Zaniepokoiłam się. Czwarty, zmierzający w przeciwnym kierunku wpadł na mnie z całym impetem. Potknął się i zachwiał, mnie przewrócił na plecy. Wkurzyłam się poważnie. Pozbierałam się szybko i wymierzyłam zamach nogą w krocze napastnika. Jednak nie utrzymałam równowagi i zamiast w jaja kopnęłam go filmowo w dupę, po czym wstałam, otrzepałam się i dalej odbierałam i przeżywałam muzykę w tej pozycji.
Koncert się baaardzo udał. Nie ma nawet czego opisywać. Po prostu to było to, czego oczekiwałam. Może poza tym, że Thom fatalnie wręcz fałszuje na żywo i momentami mi to jednak przeszkadzało, zamiast uchodzić mu na sucho jako coś
przeuroczego
w uszach fana. Czekałam na Lucka. Zagrali go dopiero w drugim bisie, dzięki czemu banan z twarzy nie schodził mi jeszcze długo po występie.
Muzyka przestała grać i tłum popłynął w stronę bramek wyjściowych. Ktoś rozciął plastikowy łącznik między siatkami płotu i masa ludzka zaczynała wyciekać bokiem. Wyciekliśmy i my. Po ciemku, przez pofałdowane, zalesione podmurze cytadeli schodziliśmy stromo w dół.
- Stop! - krzyknęłam szeptem. - Tu jest jakiś większy spadek. Latarka... - wyciągnęłam telefon i w poświacie z wyświetlacza przyjrzałam się podłożu. Betonowy uskok. Taki w sam raz do złamania nogi albo przynajmniej skręcenia stawu. W oddali było już widać jezdnię ulicy. Cywilizacja!
- Chrrrkrz chrk chrk - zachrumkało jakieś zwierze wyskakujące zza drzewa.
Niewzruszona szłam dalej w dół. Dwunożny dzik skoczył w moim kierunku, a trzy inne osobniki zagrodziły mi drogę.
- Dobry wieczór - powiedział jeden z nich. - Dokąd to?!
- Zwiedzamy cytadelę - odpowiedziałam.
- Idziemy tam, do drogi - odpowiedzieli inni uczestnicy przełajowej wycieczki na azymut.
- Tu nie ma przejścia! Tam trzeba iść.
- U u u, chrk chrzrzrz - cień zwierza wskazał nam palcem kierunek.
Po kilkunastu metrach kolejna trójka ochroniarzy wyrosła na trasie.
- Dobry wieczór - zaczęli równie kulturalnie. - Tu nie ma przejścia. Tam trzeba iść - wskazali tym razem zupełnie przeciwną stronę.
- Ach, jaka ta cytadela ładna o tej porze roku - wzruszyłam się na głos spacerując po ciemku.
Mimo wszystko cali i zdrowi dotarliśmy na sam dół. A tłum wciąż się wylewał i wylewał.
W pubie, czekając na właściwą na zegarku godzinę, zamówiłam breezera, pięćdziesiątkę wódki i zmieszałam sobie cieniutkiego drinka. Nie chciałam przeginać, bo czekała mnie jeszcze podróż PKP.
Na dworcu było równie gęsto jak na polu koncertowym. Zapowiadało się wyjątkowo pesymistycznie. Na tor wjechał pociąg do Kielc. Pani przez megafon nie czytała czy przez Warszawę, ale tłum naparł, więc się przyłączyłam. Szczęśliwie drzwi zatrzymały się dosyć blisko mnie. Udało się wskoczyć i stanąć tuż przy kiblu. Ugh! Ale mimo wszystko miałam miejsce! Niedługo się jednak nim cieszyłam, bo po chwili ktoś postawił mi na nogach wózek inwalidzki i musiałam przylgnąć do ściany.
- I w tej pozycji cztery godziny do domu? Kiedy mnie już kręgosłup boli! - jęknęłam w myślach.
We Wrześni nastąpiły niewielkie przetasowania i udało mi się zająć miejsce na stopniu drzwi wagonu. Przykucnęłam zdobywając pozycję. Powoli zaczynałam się rozsiadać. Wiało mi po nerkach ze szczeliny przy drzwiach. Zasłoniłam ją częściowo plecakiem. Nade mną ludzie się gnietli na stojąco. W toalecie siedziały (spały??!!) dwie dziewczyny. Pociąg jechał swoim tempem, bez opóźnień. Przysłuchiwałam się rozmowom nad głową. Kilku pasażerów wrzuciło plecaki na moje nogi. Jeden, taki z trampkami przysznurowanymi do boku wylądował tuż koło mnie. Żeby wyrównać podłogę podłożyłam sobie pod tyłek własne sandałki wyciągnięte z bagażu i zwinięta w kłębek ułożyłam się na boku. Udało się. Leżałam! Wprawdzie w pozycji cokolwiek karkołomnej, ale leżałam! Czas na drzemkę. Po godzinie albo pół obudziły mnie ożywione dyskusje. Ktoś chciał się dostać do toalety, ktoś inny jęczał z powodu bólu kręgosłupa, inni wymyślali gry i zabawy, żeby nie zasnąć i się nie przewrócić. Poruszyłam się. Zabolało. Powoli analizowałam stan swoich kończyn i które mięśnie złapał skurcz, a które tylko odrętwiały. W końcu usiadłam.
- No witamy, pobudka - uśmiechnęły się do mnie ze dwie zmęczone głowy na górze.
- Ta, eee, no. Hej - chrypnęłam jeszcze półprzytomna.
W tym momencie za moimi plecami uchyliły się drzwi od WC i prawie wpadłam do środka.
- Przepraszam, nie wiecie za ile dojedziemy do Warszawy? - Zapytała dziewczyna siedząca na sedesie.
- Za trzy kupy - odpowiedziałam odruchowo.
- Za trzy kupy i jedno małe siku - uściślił ktoś z korytarza spoglądając na zegarek i zaczęliśmy się śmiać.
Drzwi do strefy smrodu się zamknęły. Uff.
Przed Centralnym porozdawałam pasażerom przygniatające mnie plecaki. Do tej pory szczęśliwie, peron każdej stacji, na której się zatrzymywaliśmy, był po drugiej stronie, więc nie musiałam w popłochu się zrywać na baczność, żeby nie wylecieć, gdy ktoś otworzy drzwi. Natomiast docelowo właśnie po mojej stronie pojawiły się szare, kamienne platformy Centralniaka. Hamowanie, zwalnianie, zatrzymywanie. Gibnęłam klamką w stronę "otwarte", popchnęłam kawał złomu i wyskoczyłam na zewnątrz. Byłam chyba pierwszym pasażerem chyżo opuszczającym skład. Czułam się jak pielgrzym, który dotarłszy do swojej ziemi obiecanej powinien paść na kolana i ją ucałować. Spojrzałam pod swoje stopy. Niee, zdecydowanie powitanie obejdzie się bez tych czułości.
Z wyprawy pozostał mi w głowie doskonały koncert, w jelitach wegetariański mega krokiet, w krwiobiegu parujące promile Bacardi, a w pęcherzu zapalenie.
Ałłła...
2009-09-21 | 19:34:17
skomentuj
(2)
istotne
bobikowy
nina
cake or death
na bieżąco
tropy
niewolnicy systemu
krowianka
rezydent gadżet
morphiusz
druh
ona dr
doktorissimus
dyżurny
judym była kobietą
jeb jeb
awfully nice with penis
midori mizu
zrób to sam
anime rekomendacje
anime db
kanji
kanji słownik
dźwięki
motion trio
here in my head
epitonic
brainwashed
serpent
co & ses
ninja tune
mrugnięcia
zły kotek
woda woda woda
pjotruska
księżyc
krasnopolska
psychitis
low morale
fly guy
dariusz twardoch
kalashnikov
adult swim
jacek pałucha
jan saudek
jeż jerzy
mikropolis
mruknięcia
pjotruska
pułkownik w cieniu
papier pocztowy
apoteoza,,
archiwum
2009
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2008
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2007
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2006
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2005
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2004
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2003
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2002
12
11
10
9
8
7
6
5
4
wesoła muzyczka
Jazz is not dead,
it just smells funny.