RSS
 

Za rogiem czyha życie

08 mar

Zdobywszy wykształcenie zawodowe zaczęłam rozglądać się za pracą zarobkową w swojej branży. Izba uczy, bawi, wychowuje, ale słabo płaci, upokarza, drenuje siły witalne, a przede wszystkim nie mieści się w profilu anestezjologicznym, który obrałam za swoją życiową drogę służbową kilka lat temu.
Po dłuższym czasie upatrzyłam sobie niewielką, wąskoprofilową placówkę. Nad wyraz rozmowny i miły ordynator zachęcał, opowiadał, instruował, oprowadzał mnie po korytarzach, a na koniec w gabinecie wyjawił tajnik stawki godzinowej. Była imponująca! Przyklasnęłam i ruszyłam załatwiać formalności niezbędne, by zostać przedsiębiorcą. Dostałam też grafik na marzec, w którym kilkukrotnie mnie ujęto. Tymczasem dyrektor jednak uznał, że mnie nie zatrudni, bo potrzebuje ludzi na etat, na pełny wymiar godzin. I tak co drugi dzień słyszałam różne wersje: ordynator poklepywał po plecach zapewniając, że oczywiście tam pracuję, kadrowa natomiast, że wręcz przeciwnie, bo nie ma zgody kierownictwa. Po kilku tygodniach zadzwonili, że jednak się udało i że zapraszają pierwszego dnia pracy, żebym podpisała umowę. Przyszłam przed dniem pierwszym. Czekała na mnie obiegówka pełna szkoleń – strażak, informatyk, iso, bhp, itp i umowa. Umowa na trzy miesiące z zupełnie innymi stawkami.
Sytuacja okazała się kijem w mrowisku. Lokalne śpiwory obruszyły się, że precedens, że jak przyjdzie tani robol, chiński murzyn, to im też obniżą pensje. Ordynator przeżywał, że zrobiono z niego idiotę. Ja przeżywałam, że jak lojalnie nie zgodzę się na te warunki, to postawie w trudnej sytuacji szefa, który będzie musiał znaleźć zastępstwo na moje dniówki. A ja tak strasznie nie chcę sprawiać problemu…
W końcu stanęło na tym, że przylazłam do roboty.
Monitor pikał, czytałam bez zrozumienia kartę znieczulenia i zleceń, zastanawiając się jak się je wypełnia na sposób tubylczy. W drzwiach stanął Dyżurny.
- Słuchaj… – zaczął – podobno nic nie postawiłaś na wejście… uuuuu… słabo to wróży.
Aha.
Identyfikator nie otwierał mi żadnych drzwi, system informatyczny mnie nie znał, aparat do znieczulenia zadawał mi zagadki. Biednemu zawsze słońce w oczy.
Po długim polowaniu na ukrywającego się i unikającego konfrontacji dyrektora udało się przyłapać go w windzie. Poinformował ordynatora, że krótki okres zatrudnienia i niska płaca wynikają z tego, że jestem jeszcze młoda (rozumiem, że to komplement) i nie wiadomo jak pracuję. I tak można całe życie zaniżać stawki, bo to dzieciak dopiero po maturze, dopiero po LEPie, dopiero po specjalizacji, dopiero po doktoracie, dopiero po profesurze. Interesujące, że tylko ja zostałam potraktowana umową próbną. Inni, którzy przychodzili tam na kontrakty dostawali od razu normalne wynagrodzenie.
Przebolałam. Przecież tak strasznie nie chcę sprawiać problemu. To prawda, że na co innego się umawialiśmy, ale i tak nie jest tragicznie, bo porównywalnie jak w innych szpitalach.
Zabunkrowałam się na bloku i czas mijał do piętnastej, kiedy znów przyszedł Dyżurny i powiedział, żebym szła do domu.
- Ja już obudzę. Sevo skręcone, pan już coś tam reaguje, tylko rurę wyciągnąć – wyjaśniłam.
- To dokończ kartę i idź już – nalegał.
- Ale daj spokój no, nie będę ci zostawiać gościa tylko do przełożenia na łóżko.
- Nikt ci po piętnastej nie zapłaci.
- Rozumiem, ale jakoś tak… jak to tak… – zaczęłam jąkać. – Nie zostawia się do budzenia, już skończyłam.
Przyjął do wiadomości i poszedł.
Kiedy przekazałam pacjenta do sali wybudzeń poinformował mnie, że kiedy ja będę miała dyżur, to mam zmienić o piętnastej kogoś, komu przedłuża się zabieg. Niezależnie od etapu. Bo tak się tam robi. Anestezjolog się ceni i skoro nie płacą nadgodzin, to się wychodzi punktualnie.
I tak oto znowu, starając się być uprzejmą i całkiem normalną, bo tak strasznie nie chcę sprawiać problemów, spowodowałam zamieszanie i zaburzyłam lokalny, pielęgnowany zwyczaj.
Socjofob wśród ludzi jest finezyjny jak facet z drabiną lub inny słoń w składzie porcelany.

Social skills -100

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bzzzt

09 paź

To był ogólnie dobry dyżur. Nie tylko w porównaniu do ostatnich wyczynów i wybryków stołecznego społeczeństwa, przeżywającego swoje dzikie przygody w okolicach śródmieścia, ale i bezwzględnie, tak po prostu.
Był wprawdzie moment, że dziesięciu chorych jednocześnie oczekiwało ode mnie wywiązania się z obowiązków służbowych, a w warunkach izbowych to dosyć sporo (chociaż daleko od rekordu), jednak większość czasu upływała mi wesoło i miło. Co ja ćpałam?
Najpierw jedna kobieta po izbowym leczeniu wróciła się od drzwi, żeby podejść do konsoli i mnie zaczepić.
- Pani doktor, chciałabym jeszcze coś powiedzieć.
- Proszę mówić.
- Jest pani bardzo miła i ładna i…
I coś tam dalej mówiła chyba, że dziękuje, czy że jej bardzo przyjemnie, albo coś takiego… zatkało mi uszy, zabrało rozum, spojrzałam w podłogę, zasłoniłam twarz ręką i spaliłam klasycznego buraka.
- Dzięk dzikujjj nprwd – odburknęłam.
Później był facet, który właśnie po dziesięciu latach wyszedł z więzienia, a na swoją przewlekłą chorobę oskrzeli dostał z zakładowego ambulatorium leki na trzy dni. I to tylko dlatego, że był konsekwentnie upierdliwy i zabiegał o to dzień w dzień. Z dusznością, gorączką i pokorą, której mogliby się od niego uczyć tybetańscy mnisi przyszedł do Izby. Z walizki wygrzebał bogatą dokumentację medyczną, w której znalazłam stosowne zaświadczenie specjalisty pozwalające mi na wypisanie refundowanych recept. Dla osoby bez pracy, pieniędzy i mieszkania, zaczynającej życie od początku to duża różnica, czy zdobędzie piętnaście, czy pięćdziesiąt złotych. Bo badaniu i leczeniu, bez akompaniamentu świstów, z kompletem druczków na to i owo opuszczał Izbę ciesząc się otwarcie.
- Jak to dobrze, że na panią trafiłem! Jest pani taka miła i tak dobrze mnie pani potraktowała, i już się nie duszę…!
- Miło mi. Bardzo się cieszę – odpowiedziałam wyszczerzona.
- Bardzo dziękuję.
I poszedł.
- Ale mam dobry dzień! – wykrzyknęłam sobie po cichu idąc korytarzem do kolejnego chorego, kiedy sięgnęło mnie trzaśnięcie biczem ze strony pielęgniarki.
- Ty się tak już tu nie rozczulaj, tylko odpisuj kolejnych chorych! Zobacz jaki masz tłum! – popędzała mnie przyjaźnie, nadając rytm pracy.
Organizacja czasu to coś, czego zupełnie nie umiem i prawdopodobnie się nie nauczę. Na szczęście nie pracuję tam sama. Mam do współpracy pielęgniarki, które nie tylko wykonają zlecenia, pobiorą, podadzą, wydrukują zygzaki, ale też kojarzą całokształt, nadążają za tym całym pierdolnikiem i potrafią pokierować robotą, kiedy ewidentnie nie tylko wymyka się to spod mojej kontroli, ale wręcz przejmuje nade mną chaotyczną władzę i gubię się w czasie i przestrzeni.
- No już już… idę przecież. Się nawet chwili człowiek nie może ucieszyć! – burknęłam zadowolona, że ktoś jest tu jeszcze trzeźwy i zna zasady gry.
A później to już szło standardowo. Typowe jednostki w dzień, jak i klasyczne wieczorem i w nocy.
Siedziałam w gabinecie z pacjentką, badałam, rozmawiałam, a na korytarzu co chwilę słyszałam syczenie. Psssyt i psyyt.
Co oni tak te tleny w kółko rozkręcają? – pomyślałam, bo nasi noszowi pełnią w tym szpitalu rolę centralnej sprężarkowni gazów i wożą butle po całym obiekcie, dzwoniąc ciężkimi kluczami i sycząc zaworami. Pisałam sobie dokumentację przy biurku, kiedy kątem oka wyłapałam obraz, którego nie powinnam była zobaczyć. O nie nie nie!
W poczekalni siedział młodzieniec lat około dwudziestu, ubrany imprezowo, który postanowił spożyć LSD, ale kiedy się okazało, że to wywołuje halucynacje, to się nieco strapił i zawołał pogotowie. Wytłumaczyłam mu, że na tym to polega, że nic mu nie jest i może iść i przeżywać nowy, piękny świat. Wielobarwny i pełen niespotykanych dotąd kształtów. Ten jednak siedział na krześle. To co zauważyłam, to paralizator elektryczny w jego rękach.
Seria prądu przebiegła po moich neuronach, przełączyła się wielokrotnie w synapsach, poszedł swąd palonej mieliny i złapałam za słuchawkę, dzwoniąc na Policję. Gość był grzeczny, potulny i miły, jednak z jakiegoś powodu zestawienie halucynacji i wspomnianego narzędzia mi się nie podobało. Wezwanie zostało przyjęte, a chłopak wyszedł z poczekalni. Poszłam jego śladem. Noc, światła pogaszone, podeszłam do dyżurki portiera, który nieznacznie już przysypiał.
- Przepraszam czy… a, pan śpi, to pewnie pan nie wie.
- Nie nie! Nie śpię! O co chodzi – ocknął się portier.
- Czy wychodził ktoś przed chwilą?
- Nie, na pewno nikt nie wychodził tymi drzwiami! – odpowiedział z przekonującą stanowczością.
W tym momencie za plecami przesunął się cień i usłyszałam znajomy, syczący dźwięk. Wywaliłam przepiękną, wzorcową tachykardią. W głowie zagrała mi dramatyczna muzyka skrzypcowa. Sceneria jak z horroru, wszędzie mrok łamany miejscami na nieznaczny półmrok, przerażona ja i naćpany koleżka, który wcześniej, kiedy go badałam i nie wiedziałam jeszcze o zawartości kieszeni jego płaszcza, powiedział mi, że wyglądam jak elektryczność. Nie no, zajebiście.
- Odłóż to, proszę – powiedziałam chyba surowym tonem, aczkolwiek z boku mógł brzmieć histerycznie. Nie miałam wglądu.
- Spokojnie, przecież w panią nie strzelę – odpowiedział łagodnie i schował urządzenie do kieszeni. – Potrzebuję papierosa.
- Ja nie mam.
- Czy w całym świecie, nie ma już ani jednego papierosaaaaa?!
- Tam naprzeciwko jest sklep całodobowy, może tam mają. Ale poczekaj chwilę, bo widzę, że już przyjechali do ciebie koledzy.
- Kto?
- Policja. Chodź, usiądź tu na krześle.
I gość posłusznie poszedł i usiadł, i poczekał na nich. A oni z nim porozmawiali i odprawili go dalej w świat, to znaczy powiedzieli, żeby już sobie stamtąd poszedł. Dziwnie to wszystko działa.
Trochę się mimo wszystko zraziłam do badania pacjentów. Każdy może się okazać pod wpływem albo mieć własne urojenia i dźgnąć mnie czymś, bo tak mu głos w głowie każe. Nie mam tam ratunkowego guziczka i gromadki mięsistych osiłków, którzy w moment chwilunię przybiegną mi z pomocą, jak to jest w psychiatrykach.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Socjofobia

26 cze

Socjofobia chyba na chwilę przysnęła, przyćpana lekarstwami straciła czujność, odwróciła wzrok, zapatrzyła się gdzieś, zasłuchała, zamyśliła, odłączyła od rzeczywistości, schowała głowę pod poduszkę, położyła się na trawie i kiwając trampkiem do muzyki dobiegającej z nieodległej sceny patrzyła przez zamknięte powieki na chmury. Nawet tego nie zauważyłam, bo ona zawsze mi towarzyszyła z ukrycia, siedziała za uchem, tuż tuż, gotowa, żeby wskoczyć na kark i wbić mrożone igły, te takie długie, specjalne, na import docelowy dla psychopatów. Przyczajona i gotowa, ale cicha, dyskretna i pomiędzy atakami niezauważalna.
Dyżurowałam sobie pracowicie w Izbie Przyjęć, ludzikowie przychodzili, mielili się i wychodzili. W takich okolicznościach moja towarzyszka już odpuściła sobie straszenie. Zazwyczaj. Bywały sytuacje, kiedy dla draki wyskakiwała zza rogu i robiła swoje „BU!”, a mi serce łomotało i rumień idealny, wzorcowy wypełniał policzki, a ja musiałam przerywać badanie pacjenta, żeby się wywietrzyć. Na szczęście sporadycznie. Minuty biegły żwawym truchtem, przyciągnęły za sobą zmierzch, krzesła w poczekalni opustoszały, a do izby towarzysko przyszli goście. TOWARZYSKO. No no, tu się trochę zestresowałam. Do gości to się zazwyczaj mówi „czego się napijecie?”, ale jak tu pytać, kiedy do zaproponowania mam kranówkę, do wyboru surową lub gotowaną. No może jeszcze roztwór Erlenmayera. Na szczęście goście mieli własne granulki kawowe, które zalałam im osobiście ugotowanym wrzątkiem. Jestem bardzo (nie) towarzyska i gościnna. Nie bardzo wiedziałam o czym się rozmawia ze służbowymi gośćmi, chyba o pracy, o czym by tu, rety, socjofobia cicho chichotała za uchem i łaskotała w podniebienie, aż się krztusiłam. Ale jakby słabiej niż zwykle? Wtedy jeszcze nie zwróciło to mojej uwagi. Na pomoc sytuacji przybyły okoliczności, przywożąc pacjenta z rozbitą głową, który zaangażował uwagę wszystkich zgromadzonych. I tak atmosfera się rozluźniła, oczywiście tylko ta na moim ramieniu i w kiszkach, bo pozostali z natury są luźni. Pogawędka, niby nic i wtem padła służbowa propozycja, żebym znieczuliła rodzącą, bo im się nie chce. SERIO? MOGĘ?!!!? Bo mi się z kolei nie chciało siedzieć w Izbie. Uwielbiam znieczulać rodzące. Szybka, miła procedura i spektakularny efekt. A ten uśmiech obolałej i wyjącej jeszcze chwilę wcześniej baby jest wart więcej niż wszystkie flaszki, które później dostaną położnicy. I tym sposobem na bramie zastąpiła mnie gościnnie koleżanka z Pracowni Snu, a ja nieśmiało wstąpiłam na schody ku nieznanym, zapomnianym już dawno obszarom budynku. W środku ciągle tak podekscytowana, że zapomniałam o swojej drzemiącej towarzyszce. Dopiero kiedy weszłam na blok porodowy i zobaczyłam pierdylion ludzi z twarzami, a twarze z oczami patrzącymi na mnie, wtedy socjofobia ziewnęła, przeciągnęła się, rozejrzała po sali razem ze mną, usta mi zatkała zwiniętą skarpetą, żeby przypadkiem nikt nie mógł usłyszeć jak cichutko mamroczę ‚dzień dobry’ i z wielką precyzją wpakowała mi swoje oszronione narzędzia operacyjne w kluczowe punkty, czakramy strachu. Kurwa mać. Niby wszystko wiedziałam, przecież już to robiłam wielokrotnie, przełączyłam się dla bezpieczeństwa w tryb autopilota, a sama tłukłam się z socjofobią, tarzając po podłodze i łomocząc na oślep pięściami, rzucając w nią krzesłami i strzelając z kuszy, zastawiając zasadzki z protonowego anihilatora obcych cywilizacji. Kurwa mać po raz drugi. Wcześniej kpiłam sobie z niej zajadając propranolol. Ona się wtedy miotała, szarpała mi za ramiona, a ręce ani drgnęły, drapała pazurami po krtani, a głos się nie zacinał. Teraz jednak byłam bez tarczy. Nie dam rady, nie dam rady, usiadłam na taborecie, nie dam rady! Kluczowy moment: nabrać lekarstwo, czyli trafić igłą w ampułkę. HA HA HA! O jak ona się turlała ze śmiechu, kiedy jak stary parkinsonik celowałam jednym w drugie, no naprawdę boki zrywać. Głupia suka. I w takich drżących okolicznościach wykonałam zadanie, wspomagana podpowiedziami z boku, bo jednak na obczyźnie jest obco. Każdy robi po swojemu, każdy lubi inaczej, każdy umie tak, jak go nauczyli. Udało się, a socjofobia znudzona i spocona walką poszła znowu spać. Widać, zdecydowanie widać, że jest osłabiona, mniej czujna, a bardziej powolna i ospała. Trzeba by kiedyś wykorzystać ten moment nieuwagi i ją zabić, zalać gorącą smołą, odparować maciupeńkim wybuchem atomowym.
Ufff. Wróciłam na Izbę.
I co mnie podkusiło, żeby ją opuszczać? Aż się wstydzę przyznać, ale to chyba mił… nie, sympatia do anestezjologii.
A może jednak…? Naprawdę?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Menel

09 cze

Pogotowie przywiozło klasykę dyżuru, znany standard jazzowy grany przez wszystkie zespoły, obowiązkowy jak ćwiczenie gamy i wprawki do solówek każdego szanującego się ratownika, zanim zabierze się za złożone, wyszukane kompozycje łamiące palce i ratujące ludzkie życie.
Tytuł: menel.
Każdy gra to na swój sposób. Ten jegomość nie miał siły chodzić. Z kieszeni wyciągnął kartę informacyjną z innej izby przyjęć, z poprzedniego dnia. Miał brać antybiotyk. Żarcik… Tego typu pacjenci przybywają do szpitala, żeby chwilę pomieszkać i dostać jeść, szczególnie zimą. Dlatego ich leczenie „na bramie” polega na odczekaniu, aż jednak zrozumieją, że szpital to nie noclegownia, nie zakład pomocy społecznej, nie stołówka darmowa ani publiczna łaźnia. I jak zrozumieją, to sobie idą z powrotem do swojej nory. Żaden nie zdobędzie się na wysiłek, żeby zgłosić się po pomoc do odpowiednich instytucji. Będą pić latami aż do wyniszczenia, a potem taksówkami medycznymi wozić się po szpitalach. Wszystko trzeba zrobić za nich. Nawet kiedy człowiek się nieraz ulituje i pozwoli skorzystać z łazienki, to wgramolą się do wanny i wołają, żeby ich umyć, bo nie mają siły. Krótko mówiąc pracują na swoją złą reputację i opinię niewspółpracujących, leniwych obrzydliwców.
Pan Stefan raz usadzony na wózku, tkwił w nim i chrapał.
- Dzień dobry – obudziłam go.
- Mymymy – odbełkotał.
- Czemu przyjechał pan do szpitala?
- Nie wiem.
EEEEEK – zabrzęczał nieprzyjemny sygnał złej odpowiedzi.
- A co dolega – kontynuowałam.
- Tak tu mi w klatce coś – zaczął mamrotać, wymyślając na poczekaniu.
- Tak pana nauczyli mówić?! – zirytowałam się. – Co pan dziś jadł?
- Nic.
- A pił?
- Mmmm
- Mam na myśli napoje niealkoholowe.
- Nic
- To nie dziwne, że nie ma pan siły chodzić.
Wróciłam do pielęgniarek i zrelacjonowałam im raport z sytuacji.
- No ale co my mu zrobimy? Przecież obiadu mu nie ugotuję!
- No nie nie… ale może… no nie wiem – zacięłam się. Zastanawiałam się nad toczeniem płynów dożylnie, co zawsze budzi mój opór wewnętrzny w przypadku pacjentów, którzy są w stanie przyjmować je doustnie. Jednak w żyłę jakoś szybciej i ten no… Sama nie wiedziałam o co mi chodzi. Czasem łapie mnie ten odruch współczucia i myślę, że to biedny człowiek, że trzeba pomóc, chociaż to niemiły jegomość, ktory sam sobie pomóc nie chce, żąda i oczekuje robienia wszystkiego za niego, życia za niego, podczas gdy on ograniczy się do leżenia, srania pod siebie i picia taniego alkoholu. Z tego odruchu jeszcze nigdy nic dobrego nie wyszło, ale ponieważ jeszcze nie dorosłam to pozostałam infantylna, latwowierna, aż naiwna.
Stefan w końcu dostał od nas nowe buty i podreptał w nich pod szpital. Tam najpierw usiadł na murku, a następnie pokładał się na ziemi ilekroć ktoś przechodził pomimo, że w naszej izbie doskonale sobie radził z siedzeniem, a nawet chodzić dawał radę, kiedy zaszła taka potrzeba. Do karetki też o własnych siłach ochoczo wszedł.
- Co zrobiłaś ze Stefanem? – zagadała mnie przy okazji dyżurna internistka.
- Poszedł sobie, czemu pytasz?
- Był u nas kiedyś w oddziale z wszystkimi swoimi żyjątkami. Jak już go wypisaliśmy, to musieliśmy Straż Miejską wzywać, bo nie chciał opuścić szpitala.
- A na co go przyjęłaś wtedy?
- Na niedokrwistość.
Stefan odstawiał wciąż te swoje sceny przed wejściem głównym, a ja coraz bardziej się gryzłam z myślami czy go nie przyjąć znowu na internę. No biedny człowiek, nie ma siły wstać, wyglądał względnie czysto, wszy nie chodziły, śmierdział tylko moczem, potem, brudem i alkoholem, chociaż był trzeźwy. A może znowu ma anemię? Chociaż we wspomnianej karcie informacyjnej pisali tylko o leukocytozie. W końcu poprosiłam noszowego, żeby poszedł z wózkiem po pana Stefana. Zanim jednak zdążyliśmy pobrać mu krew na jakieś badania obserwowaliśmy jak pan dziarsko wstał z wózka i używając go jak chodzika przemierzył samodzielnie cały długi korytarz. Zajęłam się dokumentacją innego chorego, kiedy usłyszałam nerwowe krzyki.
- Pani doktor no…!!! – gorączkował się noszowy machając na mnie, żebym czym prędzej za nim poszła.
- Odlał się! – cedził nerwowo przez zęby. – Ściągnął gacie i się odlał na krzesła!
Zagotowało się we mnie. Wszyscy się gotowaliśmy i myśleliśmy o tym samym – zajebać skurwysyna! Ze szczególnym okrucieństwem. Spuścić mu tęgie lanie. W końcu ochłonęliśmy i udzieliliśmy Stefanowi srogiej reprymendy, bogatej w wulgarne słownictwo. Tym samym pacjent przegrał sobie u mnie jakąkolwiek litość. Tego pana nie obsługujemy!!!
Stefan pod groźnym spojrzeniem noszowego tuptał sobie powoli w stronę wyjścia.
- Pani doktor, zaprowadzę go gdzieś dalej może, co?
- Dobrze. Może spacer nad Wisłę. Idealna pogoda na kąpiel w rzece – zażartowałam sobie, chociaż wiedziałam, że czy dalej czy bliżej, nadal w naszym rejonie i jak zechce wezwać pogotowie to znów do nas trafi.
Myślę jednak, że nawet taki Stefan ma resztki instynktu samozachowawczego i nie ryzykowałby powrotu w nasze troskliwe ręce.
I gdzie tu miejsce na empatię dla menela? Człowieka??

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Żydzi, masoni, cykliści.

06 cze

Jeżdżę dużo rowerem, jednak nie należę do „cyklistów”, grupy ortodoksyjnych pedalarzy, promowanych do wyrzygu w tendencyjnych artykulikach Gazety pe el. Szczerze mówiąc nawet nie wiem czy tacy istnieją naprawdę. Pewne jest jednak to, że ludzie uogólniają dla uproszczenia sobie życia, zaokrąglają do dziesięciu, przez to kierowcy samochodów ze wzajemnością nienawidzą rowerzystów. Kiedyś miałam przykrą przygodę z rowerzystą całkowicie pozbawionym mózgu (pewnie po wypadku, biedak) i naszła mnie refleksja, że niby rozumiem tych za kółkiem. Ale to oczywiście nie w tym rzecz. Chodzi o to, że nie mieszczę się w żadnej z tych grup, jak większość z nas, więc dla spokoju psychicznego nienawidzę chamów, durnych fanatyków i zacietrzewionych zawistników o czerwonych, spoconych twarzach. Niezależnie od środka transportu.
Jechałam do pracy, grzecznie, jezdnią, skrajem prawego pasa, z włączonym tylnym światłem pomimo pełnego słońca. Jestem świadoma uciążliwości jaką stanowi rower na wąskiej, ruchliwej ulicy, jednak w myśl przepisów o ruchu drogowym jest to pojazd uprawniony do poruszania się tą drogą w przypadku braku wyodrębnionej, dedykowanej ścieżki.
Naraz usłyszałam za sobą jękliwy dźwięk klaksonu powtarzający się z częstotliwością charakterystyczną dla poirytowania, po czym zrównał się ze mną zdezelowany Lublin, podjeżdżając nieprzyjemnie blisko, a jego kierowca nerwowo wymachiwał na mnie ręką, wskazując mi gestami, że powinnam jechać chodnikiem.
Albo ten pan nie znał przepisów, albo był burakiem, cebulą i ziemniakiem w jednym, gościem śmierdzącym warzywkiem z zatęchłego straganu. A może myślał, że tam jest ścieżka rowerowa, ale jeśli tak, to chyba cross country, bo wzdłuż Czerniakowskiej wszystko rozkopane.
Bliskość warczącego samochodu zestresowała mnie na tyle, że strzałka na skali przeszła do strefy złości, bliska wkurwieniu i chciałam docisnąć pedał, odpalić nitro, dogonić gnoja i mu wy-tłu-ma-czyć! Było to skorelowane z tętnem i dopiero gdy z dwustu zeszłam do standardowych rowerowych stu czterdziestu, ogarnęłam się, że byłoby to równie warzywne. Marchewka z groszkiem.
OMMM….
„Pok pok pokpok bdąg! a hou!” – że zacytuję tu pomysłowego Dobromira.
Apel do lekarzy rodzinnych i innych prowadzących – zlecajcie betablokery wszystkim straganiarzom i fanatykom.
(Chociaż wyjątkowo podle roweruje się pod wpływem propranololu…)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Opinia jest jak kot

28 maj

Opinia chodzi własną, niezależną drogą i mały mamy na nią wpływ.
Dawno temu, ongiś, relacjonując na odprawie raport, taki przeciętny i rutynowy, powiedziałam, że korygowałam parametry wentylacji. Zawsze tak mówiłam, wszyscy tak mówią. Tym razem jednak pan ordynator postanowił zgłębić temat i wchodząc mi w słowo zapytał
- U kogo?
Nie wiedziałam nic o człowieku. Jakiś tam starszy pan na chirurgii, w pododdziale umieralni, z zapaleniem płuc, od dłuższego czasu odzwyczajany od respiratora. Przyszłam, zobaczyłam gazometrię, pokręciłam kurkami wentylatora i poszłam. W końcu tego ode mnie oczekiwali chirurdzy. I co teraz odpowiedzieć.
Yyyyyy yyyyyy, yyyyy…
Mogłabym przeciągać samogłoski, ale to brzmi głupio. Mogłabym milczeć, ale z tego wyleczył mnie już asystent z anatomii na pierwszym roku studiów. Musiałam coś powiedzieć. Cokolwiek.
- U pacjenta – walnęłam rezolutnie.
Szum przeszmerał przez salę.
Uzupełniłam wypowiedź o szczegóły, ale już było za późno. Wszyscy później komentowali, że odpyskowałam chamsko i dla kilku radosnych sekund sławy zagrałam czarnego piotrusia, va banque. Nie miało to żadnego związku ze stanem faktycznym, a ja zamiast błyszczeć w promieniach glorii, płonęłam ze wstydu. Przecież tylko wyraziłam swoje myśli. One nie są chamskie. One są zwyczajnie głupie. Jestem zwyczajnie głupia.
Nikt jednak nie chciał tej interpretacji. Osiodłali swoje świnie i hajda na mnie z drewnianymi mieczami – cham! Krnąbrny cham.

[...]

Odbywając staż w szpitalu monotematycznym znieczulałam do standardowej operacji, kiedy przyszedł ordynator dusicielski i poinformował mnie, że nie przystemplowałam się w książce operacyjnej. Przeprosiłam go wielokrotnie, chyląc czoła i niemal padając do stóp, tłumacząc, że nikt nigdy do tej pory nie mówił, że powinnam to robić. Szef wziął moją pieczątkę i stojąc w drzwiach poprosił, żebym poszła za nim.
- Nie mogę teraz, mam jeszcze nieustabilizowane znieczulenie – odpowiedziałam szczerze i beztrosko jak dziecko, bujając wciąż stołem operacyjnym. Bez złości i złośliwości. Powiedziałam, jak było.
Ginekolodzy zachichotali i klasnęli w dłonie, a miny mieli chytre, jakbym mu powiedziała coś, co idzie w pięty i dalej. Zaczerwieniłam się jak zwykle.
Dokończyłam gibanie stołem, machnęłam kraciastą chorągwią wyścigową na rozpoczęcie zabiegu i wyszłam na korytarz. Przepraszałam szefa i kajałam się ponownie, wijąc się jak robal, nawet nie wiem czy słusznie. Czułam się jak zwykle źle. Zawsze źle.

[...]

Czemu wszystko robię źle?
Tak bardzo chciałabym robić dobrze. Przychylić nieba chirurgom i instrumentariuszkom, nie podpaść anestezjologom i anestetyczkom. Czemu mi to nigdy nie wychodzi i zawsze robię coś nie tak, niewłaściwie?
Czy ktoś mógłby mnie w końcu uśpić? Morbital, eutanazol. Poproszę.

[...]

Ojciec mi mówił, że zawsze mogę sprzedawać marchewkę w kiosku. Chyba czas na otwarcie straganu.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Boga nie ma

19 mar

Miałam na to ewidentny dowód, spełniający wymogi założeń logiki dotyczących dowodzenia. Całkiem niedawno, w pracy. Rodzina pacjenta urządziła mi piekło, napadła na mnie krzykliwymi zarzutami niekompetencji, nieludzkości, podłości i działania na szkodę biednego człowieka. A całe zło, jakiego się dopuściłam, to odesłanie pacjenta karetką do innego szpitala, po wcześniejszym ustaleniu tam miejsca, co jak wiemy nie tylko jest wyczynem heroicznym i legendarnym, ale też zwyczajnie żmudnym i długotrwałym. Zrobiłam to oczywiście wyrachowanie złośliwie, z premedytacją przeciągając czas, bo przecież mogłam przyjąć ciężko chorego dziewięćdziesięciolatka, wymagającego tlenu na korytarz, na składane łóżko wojskowo-polowe. To na pewno byłoby dla niego lepsze, a ja zostałabym bohaterem i cudotwórcą. Wtedy jednak wszystko działo się jednocześnie, jak to w zwyczaju mają problemy, że przychodzą stadami, wyjadają ze śmietnika i robią potworny bałagan. W sali obok dusiła się pacjentka. Dałam jej już wszystkie dostępne leki na tę przypadłość, z których połowa była kradziona z interny, bo izba nie dysponuje nawet maską tlenową z komorą do nebulizacji. Ale wszystko to na nic. Dalej ledwo nabierała powietrza, a jeszcze gorzej je wypuszczała. Nie nadawała się do transportu do „rejonu”, jak sobie zaplanowałam. Miejsc na wewnętrznym nie było. I dupa. Bezruch. Blok. Impas. Zastój. Pat. Klincz. Czyli jednak dupa. Je suis désolé, vous avez raison. Je suis seulement un pauvre cassette. Je n’ai pas les pantalons. Poprosiłam lokalnych śpiących o wsparcie. Po ich telefonie automagicznie zorganizowało się miejsce na internie dla dusznej pani. Jednak niezmiernie to wkurwiło rodzinę pana starszego. Córka wtargnęła do gabinetu z pacjentką i darła się pod sam sufit, że ta pani to wcale nie jest chora, a jej tata zdecydowanie bardziej. I dlaczego ją przyjmuję do oddziału, a jego nie. Że kłamię w temacie dostępności miejsc. I tak dalej i tym podobne. Najlepszy był moment, kiedy w trakcie badania kolejnej, innej, następnej pacjentki baba otworzyła drzwi od gabinetu i tam wlazła. Tak po prostu wlazła w trakcie badania obcej osoby! No co za tupet! Co za kurestwo! Co za chujwiejaktonazwać coś, w każdym razie coś złego! Zadzwoniłam po Policję.
Jednak mimo tych wszystkich perturbacji zachowałam olimpijski spokój, udzielałam wyczerpujących informacji spokojnym tonem i kojącym altem. Byłam do wyrzygania mdło miła, grzeczna i nie dałam się sprowokować, chociaż pani machała mi wyzywająco rękami przed nosem, próbując wywołać bijatykę. Ale nienienie, takie rzeczy to tylko po pijaku i na festiwalu! Nic sie nie wydarzyło.
Dlatego głęboko wierzę, że aż tu nagle powinno się rozstąpić niebo i święty promień powinien mnie zabrać żywcem na górę. Do szczęśliwej krainy whisky płynącej, gdzie wszyscy są weseli, alkohol jest za darmo, od czekolady się nie tyje, każdy stosunek kończy się szczytowaniem, można prać ludzi po mordzie i zęby im nie wypadają, a koncerty grają bez przerwy i codziennie jakiś zniewalający headliner. Krótko mówiąc do NIEBA.
Jednak jak dotychczas nadal chodzę po swoim pokoju.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS