Zwerbowali mnie w tryb regularnych dyżurów. No niby nic dziwnego po tylu latach, ale stres przed defloracją standardowy.
W naszym Kombinacie jest nas straszny tłum, więc usamodzielniamy się powoli. Najpierw patrzymy, patrzymy, patrzymy, później jesteśmy opierdalani, opierdalani, opierdalani. Ten drugi etap nigdy się nie kończy, nawet jeśli się przejdzie już do następnych. W tym samym czasie uczestniczymy w dyżurach jako widzowie, piąte koło u wozu, a czasem pomocna para rąk i nóg, która w tym zestawie może polecieć po miotłę, ligninę lub zanieść ekspresowo krew na krzyżówkę. Następnym krokiem są dyżury jako młodszy anestezjolog. Ma się wtedy do dyspozycji starszego pod telefonem, a czasem nawet rezydenta do biegania po krzyżówkę. I na tym etapie się znalazłam. Wdrażają nas delikatnie, trzy cieciówki w miesiącu, często ze swoim kierownikiem specjalizacji jako starszym. Później już leci z loterii, kręcimy kołem, dzień noc dzień noc dzień, trrrrrrytytytyyy tyyy tyyyyK - noc z psychopatą! Łhaaaa! A na sam koniec zostaje się specjalistą i trzeba sobie szukać innej pracy, a w zasadzie w ogóle pracy, takiej gdzie dają etaty zamiast kontraktów.
Najsampierwszy raz przypadł mi w świąteczny styczniowy piątek. Przybyłam rano, wlazłam do sali i rozejrzałam się po krzesłach. Poprzedni dyżurny nieco się zdziwił na mój widok, nie śledził jak ja z zapartym tchem grafiku, żeby wiedzieć, że jest nowy pionek w grze.
- Co pani tu robi? - zapytał.
- A co, nie ma jeszcze odprawy? - odpowiedziałam pytaniem i zasiadłam na swoim standardowym miejscu. Tym, które wygrzewam pośladkami w trakcie codziennej porannej mszy, kiedy wymieniamy wszystkie grzechy swojego dyżuru, a ordynator na koniec mówi "Jakieś pytania? Nie widzę, nie słyszę, jesteśmy po odprawie". Amen.
- Gdzie pierwszy? - zapytałam.
- Chyba śpi.
Czekałam. Szpilki w dupie.
Przyszedł mój kierownik. Osobisty. Mój starszy brat. Zapytał czy przejęłam już dyżurny telefon.
- Nie. Chyba śpi. Mam dzwonić? A jeśli pracuje? Chyba powinnam zadzwonić? - opanował mnie słowotok.
- Zadzwoń.
W słuchawce odezwał się senny głos - "juuuż iiiidę".
- Młoda! Masz tu! - zaczął kierownik swoim donośnym głosem grzebiąc w torbie. - Żryj magnez! Na odstresowanie - dokończył i wyjął na stół dwie wielgaśne czekolady z migdałami.
Żołądek był zbanowany, a przełyk zawiązany na supeł, ale jakoś przełknęłam pierwszy kawałek, a później poszło. Dalej praca się rozkręciła i robiłam to i owo, w zasadzie podobne do codziennych procedur. Po dwudziestej, będąc w trakcie znieczulenia chłopięcia do operacji usunięcia zapalonego wyrostka, przekazałam rozklekotanego Samsunga następnemu dyżurnemu i uciekłam w stronę domu.
Kolejny dyżur miałam już z obcym. No niby kolega z oddziału, ale to nie mój kierownik, ten osobisty, który ma mnie uczyć, tresować, kijem napierdalać i bronić przed złem. Ten był tego dnia cieciem w Intensywnej. Spotkaliśmy się na obiedzie. Byłam jeszcze w trakcie udzielania wsparcia duchowego klientom okulistyki, wybiegłszy jedynie na moment celem nabycia niezbędnych kalorii. Ale zadzwonił telefon, że jakiś potłuczony w oddziale ratunkowym ma się zjawić
niebawem. Spróbowałam wersji z przekierowaniem i powiedziałam, że jestem zajęta (naprawdę byłam! okulistyka przydzielona mi ordynatorską ręką! no jak mogłam się wymigać i lecieć do jakiegoś SOR do ciężko chorego?! nie mogłam! priorytet to NLA do zaćmy). Byłam bardzo głodna. Bliska swojego zjazdu hipoglikemicznego. W pięć minut wciągnęłam wielki talerz rozgotowanej, niesolonej, obrzydliwej kaszy jęczmiennej z jakimś kotletem z koperkiem. Tfu! Odżyłam i pobiegłam z powrotem na oko, a z niego prosto do sali odpraw, bo zabiegi zaćmowo-jaskrowe się właśnie skończyły. W kieszeni znowu zadzwonił gorący kartofel. Kierownik.
- Masz iść na sorozę. Nikogo innego nie ma.
- Już lecę.
Schowałam z powrotem do pudełka nie odpalonego jeszcze szluga, rzuciłam torbę na krzesła i wpadłam do pokoju pielęgniarek. Dyżurnej nie było. Zgarnęłam jedyną siedzącą tam dziewczynę przyprawiając ją o kwaśny wyraz twarzy i pognałyśmy na parter. W sali reanimacyjnej jak zwykle w takich sytuacjach panował tłum i chaos. Nie było osoby dyrygującej tym całym zamieszaniem, a na środku leżał dwudziestolatek na desce ortopedycznej, w kołnierzu i klockach przy głowie, z obiema rękami przywiązanymi do drucianych szyn stabilizujących złamania. Twarz miał do połowy fioletową i spuchniętą, bo się nieco poobijał, kiedy zleciał na łeb z dziesięciu metrów. Ale gadał całkiem przytomnie i tętno miał w normie. Dobry znajomy z lotniczego krzątał się z dziesięciomililitrową strzykawką.
- Czeeeeeść! - ucieszył się na mój widok. - Słuchaj, jaki numer, wkłucie mi się wyrwało, a miał tylko niebieski tam z pogotowia, jak wkładaliśmy go do śmigła, a ja przy głowie i nie miałem jak do nóg sięgnąć! Ale już założyli. Masz, tu jest fentanyl - wręczył mi strzykawkę.
Spojrzałam nieufnie na różowy wenflonik wbity w wielgachną żyłę stopy.
- Ile tego fentanylu? - dopytałam, bo objętość była przerażająco duża.
- Jeden.
- Ale jeden co?
- Zero jeden miligrama.
- W dziesiątce?!?
- Nom - uśmiechnął się.
Podałam. W tym czasie sorowcy już robili usg i dopatrzyli się krwi w brzuchu z pękniętej nerki i śledziony.
- A jakie ma ciśnienie? - zapytałam naprawdę głupio. Bardzo głupio, bo spojrzeli na mnie i na pacjenta wymownie, ale że nie załapałam, to wyjaśnili:
- Nie mamy jak zmierzyć, przecież ma Kramery.
Nie no luz. Oczywiście.
- Jedziemy na blok? - znowu głupio zapytałam. - Może bym go od razu ululała i zaintubowała, skoro i tak będzie otwierany, to zrobię to, póki jest w dobrym stanie, hę? - zaproponowałam, ale tak naprawdę byłam tam tylko młodszym anestezjologiem dyżurnym, który nie miał w dodatku pojęcia, która z tych wszystkich osób dookoła pełniła funkcję kierownika zespołu. Propozycja została odrzucona, bo najpierw najpilniej trzeba było pojechać na tomografię i wykonać trauma scan. Nie uczestniczyłam wcześniej w takim wydarzeniu, więc miałam zerowe pojęcie o jego organizacji i dostosowywałam się do tego chaosu. W windzie młodemu zachciało się rzygać. Jakoś się opanował. W super nowoczesnej pracowni, z urządzeniem rodem z laboratorium technologii kosmicznych ułożyli pacjenta do badania i przesuwali, poprawiali, szturchali, pociągali go na wszystkie strony, żeby dobrze leżał do fotografii. Do jedynego wenflonu podłączyli pompę z kontrastem i wygonili nas wszystkich precz do sterowni.
- Ale proszę tu nie wchodzić w rękawiczkach! My tu jemy!
Zdjęłam te co miałam i od razu nałożyłam drugie, czyste, bo ciągle spodziewałam się, że trzeba będzie tam za chwilę wbiegać.
- No nie wiem - jęczała techniczka - te szyny to będą świecić i mi badanie nie wyjdzie. A w ogóle to co on tak krzywo leży. Obraz będzie niesymetryczny.
- Bo jest chory! - warknęłam wykazując już pewien poziom agresji.
- Coś pani do mnie mówiła?
- Nieee... burczę sobie tylko pod nosem. Możemy go w końcu zbadać, czy jakoś tak?
Kompletna rozpierducha. Czy najpierw głowę czy brzuch, może najpierw głowę, skoro ręce ma na brzuchu, żeby mu nimi jak najmniej ruszać. W końcu są połamane! To musi boleć. Nie, najpierw brzuch, bo musi być odpowiednia sekwencja, przełóżmy mu te ramiona na górę. Chłopak pokrzykiwał, ale dzielnie to wszystko znosił. Stojąc w tym zamieszaniu i nie mając absolutnie żadnego głosu w sprawie wysłałam do kierownika krótki sms: "chuj mnie zaraz strzeli". Chwilę później dzieciakowi już nie tylko zachciało się wymiotować, ale przeszedł od razu do czynów i puścił pięknego krwawego, fusiastego, chlustającego pawia na wieloryba. Ciekawe zwierzęce połączenie. Już nie czekałam na koniec pracy generatora. Wparowałam do sali i ligniną wytarłam mu twarz.
- Czy teraz już mogę zaintubować? - zapytałam. Nie było odzewu, a my z pielęgniarką już nabierałyśmy leki na spanie i składałyśmy laryngoskop. Panie techniczki lamentowały, że zalał im się aparat, o rety, szybko, żeby się nie zepsuł. Wszyscy się uwijaliśmy. Chłopak dostał leki, zasnął. Taplałam się w jego rzygowinach pochylając nad głową. Stół zjeżdżał coraz niżej, był już prawie na wysokości kolan, bo jakoś nikt nie zwrócił uwagi, że teraz był ważny moment, a panie chciały wszystko umyć i odsuwały sobie zawadzający element. Nic nie widziałam, siłowałam się i pociłam wściekle, ale ciągle nic. Próbowałam wsadzić prowadnicę na ślepo i trafiałam do przełyku. Kurwa mać kurwa no. Próbowałam i na spokojnie i na nerwowo, ale wciąż nie mogłam lepiej uwidocznić gardła, w które celowałam.
- Saturacja mu leci - rzucił ktoś z boku.
No to koniec, nie dam rady. Manewry szyją i głową wykluczone. Żadnego ułatwienia. Wtedy zmaterializował się mój kierownik. Stał tam za plecami i przyglądał się już jakiś czas. W końcu postanowił uratować i pacjenta i mnie, i wsadził tę rurę gdzie trzeba. W ciągu kolejnych kilku sekund był już przy stopach chorego i wbił mu pomarańczowy wenflon. Wymusił też podłączenie płynu wieloelektrolitowego, chociaż wszyscy twierdzili, że jest tylko sól. A to wszystko w kilka chwil, wpadł jak tornado, posprzątał po mnie i wypadł, posyłając mi jeszcze oko ponad tłumem. Podłączyliśmy człowieka do respiratora transportowego, a moja praca ograniczała się już jedynie do dodawania trutki na spanie, żeby nie fikał w czasie badania i pilnowania, żeby personel znowu nie wyrwał wkłucia, bo miał takie zakusy. Z tomografii pojechaliśmy prosto na blok operacyjny. Tam już przyczepiłam swoje dobrze znane rury od Fabiusa i czułam się o wiele bezpieczniej. Jak w domu. Zmierzyłam też ciśnienie na udzie i zabrałam się z pielęgniarką za kaniulację czego popadnie, wszystkiego co nam wpadło w oko - tętnic, żył obwodowych i centralnych. Z żołądka odessałam kolejną porcję przetrawionej krwi, zaciekającej tam z gardła. Chłopak miał połamaną całą podstawę czaszki i nie tylko. Do pomocy przyszedł starszy dyżurny, wydał mi kilka poleceń i zajął się załatwianiem formalności transfuzyjnych.
- Jak pójdę osobiście do banku i na miejscu im kwity wypiszę to będzie szybciej.
I faktycznie w pół godziny była świeżutka kaszanka. Chirurdzy się w końcu domyli z brudu, ubrali w fartuchy i zaczęli operować. Opadły emocje, opadłam na krzesło. Do zestawu dołączył też kolega rezydent, ogarniając kwestię prowadzenia dokumentacji. Pobrał też krew do policyjnych probówek alkoholowo-narkotykowych, a mi przypadł obowiązek wypełnienia ankiety. Pytania zaczęły mnie bawić, dowcipkowałam i pisałam straszne głupoty w tym oficjalnym urzędowym piśmie: lokalizacja wymiocin bądź ich śladów - "dookoła".
- Jak chcesz to idź się czegoś napij - zaproponował starszy.
- Dzięki.
Ale zamiast do socjalnego na herbatę poleciałam pędem do oddziału intensywnego i pokiwałam w drzwiach dyżurnemu, dając do zrozumienia, że idę do palarni. Usiedliśmy przy historycznym, peerelowskim stoliku kawowym nad popielniczką.
- Dzięki, Mistrzu, że mi uratowałeś dupę.
- A weź spierdalaj - wyszczerzył się.
- To chociaż mi powiedz co robiłam źle, że mi się nie udało.
- Nie wiem. Ja tam dość sporo siły użyłem. W zasadzie to tak na chama mocno podciągnąłem do góry. Ale za pierwszym razem byłaś w tchawicy, tylko spękałaś i niepotrzebnie wyjęłaś. A o co chodziło z tym chujem?
Opowiedziałam mu o zamieszaniu organizacyjnym i wszystkich swoich perypetiach.
- A nie mogłaś tam jakąś kurwą przez salę rzucić dobitnie?
- Próbowałam. Najpierw pytałam, później prosiłam, na koniec przeklinałam, aż mnie Olka uspokajała. Ale nic nie zdziałałam. A tak naprawdę to nie wiedziałam gdzie moje miejsce, co mi wolno, kto dowodził i brał odpowiedzialność. Ja się nie nadaję, buuu, mój żywot jawi mi się jako koszmar, przeniosę się na dermę i tym podobne. Wracam na blok. Będą mu usuwać nerkę. Zgadnij kto...
- Nie pierdol...
- No niestety. Lecę. Pa! I jeszcze raz dzięki.
Wróciłam, a do końca operacji nic szczególnego już się nie działo, wbrew moim obawom, biorąc pod uwagę zestaw rzeźników. Kiedy zamknęli brzuch, na blok przyjechali ortopedzi ze swoimi zabawkami z Castoramy i nawiercili obydwa przedramiona drutami tu i ówdzie. Starszy dyżurny poszedł do pokoju i obiecał wrócić na koniec, żeby mi pomóc w skomponowaniu zleceń.
Ciągle mi czerstwo, że byłam tam na krawędzi, a na samą myśl i wspomnienie sytuacji wytrząsam gówno z nogawki. Dalej nie wiem gdzie jest moje miejsce w takich akcjach. Kierownikiem imprezy powinien byc lekarz SOR-u, który prosi różnych konsultantów o wsparcie, ale rozumiem, że ma dla mnie konkretne zadanie, a nie tylko potrzebę bycia blisko. Niech tym poleceniem będzie przejęcie dowodzenia nawet, ale niech to sprecyzuje. Dopóki tego nie zrobi, nie będę się wtrącać w jego kompetencje przecież. Myślę, że może to być niekulturalne zachowanie, zwłaszcza, że to oni mają tam doświadczenie, nie ja.
Z drugiej strony wiem, że mam najlepszego kierownika na świecie, o czym wielokrotnie wspominałam przy różnych okazjach. To nie histeria, ani włazidupstwo, tylko autentyczny, ogromny szacunek.
2012-01-28 | 22:13:04
skomentuj (0)
Warunki operacyjne bywają raz lepsze, raz gorsze. Pacjenci są różni. Raz jest łatwa intubacja, innym razem deep throat i nic nie widać, raz są szybkie plecy, innym razem serpentyna zamiast kręgosłupa, zatopiona w grubej puchowej kołdrze sadła i pokryta swetrem z merynosa. Raz człowiek ma żyły, innym razem zostawi je w szatni, w depozycie i nie ma gdzie ukłuć. Zwyczajnie - ludzie są różni.
Jednak zabiegowcy zdają się tego momentami nie zauważać i zamiast uznać złośliwość losu, przypisują tę cechę znieczulającemu anestezjologowi, obarczając go winą za ich niepowodzenie operacyjne lub ogólnie za zło tego świata.
Ginekolodzy grzebali w brzuchu chorej, a ja po swojej stronie fizeliny grzebałam sobie w nosie. Różne priorytety.
- Ale dmie, ale dmie - zaczęli marudzić. - Można coś zrobić z tymi jelitami? - zwrócili się do mnie.
- Nie można - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Nie da się jej
bardziej zwiotczyć? No już nam flaki wyłażą! Zobacz jakie nadęte.
- Widzę. Niestety moje paralizatory nie działają na mięśnie gładkie, a prążkowane są wiotkie.
- No to co może to zmienić? - jęknęli umęczeni odgarnianem kiszkowych balonów.
"Ogólnie wiadomo, że bezmyślne mówienie może pociągnąć za sobą śmiertelne ofiary, ciągle jednak nie w pełni uświadamiana jest waga tego problemu."
- Wysranie się - palnęłam. - Przed operacją. Może im zlecajcie Espumisan? - dodałam jeszcze słysząc własne słowa i czując ciężar ich żenady.
Pielęgniarka chichotała czerwona na twarzy, chowając się w szufladzie z lekami udawała, że czegoś tam szuka.
2012-01-25 | 22:51:07
skomentuj (4)
Sylwestra spędziłam w pracy. Była to w pewnym sensie zaplanowana akcja, bo chciałam mieć wolne święta. Zgłosiłam się więc do noworocznej imprezy pod warunkiem, że wezmę w niej udział razem z koleżanką z Kombinatu. Razem dorabiamy w Izbie, a ta jedna noc w roku obstawiana jest podwójnie. Aaaaależ to wygodna wygoda! Można się podzielić pacjentami albo czasem pracy, można porzucić stanowisko służbowe na kilkanaście minut i udać się na fajkę, ploty, obiad czy sraczkę. Można wreszcie skonsultować swoje pomysły, obawy i wątpliwości, i urządzić mikrokonsylium nad problematycznym przypadkiem. Tak powinno być zawsze.
Dzień zaczął się pracowicie od tłumu naprawdę chorych klientów. W pewnym momencie w dwóch gabinetach jednocześnie leżeli nieprzytomni, wymagający pilnej opieki i interwencji. Koleżanki - zapluty pan w stanie padaczkowym, moja - zemdlona pacjentka z anemią, ale za to bez ciśnienia. I tak się zastanawiałam, którą z tych dwóch osób zajmowałabym się pilniej, gdybym była tam na standardowym, pojedyńczym dyżurze. Na szczęście szybko ich docuciłyśmy i porozsyłałyśmy po szpitalnych oddziałach do dalszego leczenia.
Było ogólnie miło i wesoło, czasem zaglądali do nas przelotem znajomi goście, w drodze na zabawę sylwestrową. Z sufitu, lamp, drzwi, okien, klamek, haków, haczyków, wszystkich wystających wihajstrów i dynksów, zewsząd zwisały serpentyny i balony.
Wieczorem zadzwoniła pani z jednej z komercyjnych stacji telewizyjnych, z zapytaniem czy może około północy przyjechać, porobić kilka krótkich zdjęć ofiar nocy.
- Może pani. Tylko proszę nie liczyć na naszą współpracę. Jeśli się pacjenci zgodzą, może pani filmować co chce. Ja w telewizji nie będę występować.
- Nie, nie. To tylko takie migawki, wie pani, do wiadomości, skrót. O tych wszystkich urazach.
- Ale u nas nie ma urazówki! Na szczęście - dorzuciłam.
- Ale może będą petardy? Te pourywane palce i poparzenia? W każdym razie dziękuję i do zobaczenia - zakończyła pani medialna.
Przed północą społeczeństwo zaczęło się szykować do wyjścia na świeże powietrze, w celu obejrzenia miejskich fajerwerków, lub odpalenia własnych tudzież rozpicia, rozpracowania, obalenia igristoje. I kiedy tak się szykowało, każdy jeden obywatel, nieważne jak pijany, rozglądał się za swoimi kolegami i koleżankami, za ziomkami i ziomalami, za swoją gwardią, ekipą, składem, załogą, bandą, żeby kolektywnie udać się na podwórko. Lecz co to?!
- Zdzisiek! Krzysiek! Zośka! Kryśka! Kurwa mać! Wstaaaawaj! Zaraz północ, izzzziemy się naebććć!
Ze strony poległych przyjaciół nie było odzewu. Edukacja jednak nie poszła w las i wszyscy znamy numer na dziewiątki, a naród mamy empatyczny.
I tak chłopcy z pogotowia jeździli do tych wszystkich nieprzytomnych, z których każdy mógł się okazać jegomościem z zatrzymaniem krążenia, więc zapierdalali jak dzicy po mieście, zgarniali nietrzeźwe dzieciaki i rozwozili po szpitalach. Na naszej maleńkiej izbie uzbierało się ich w pewnym momencie siedem. Dwie samice i pięciu samców. Jeden chłopiec z programu metadonowego, jeden z esperalem w pośladku, kilka osób z ranami tłuczonymi głowy. Układaliśmy ich szeregowo i równolegle na podłodze korytarza. Jedna z pacjentek, z dziewięćdziesięcio procentowymi brakami w uzębieniu i w czapce z codofixu wyjątkowo się uaktywniła. Z początku mnie to bawiło. Zaczęła od przytulania jednego z pijanych, który siedział na krześle i płakał. Później przeszła do kolejnych i zaczęła ich ściskać i całować w usta, nie bacząc na ślady wymiocin tu i ówdzie, ani na własne niedociągnięcia higieniczne. Z jednym chciała zwiać do Vegas (New Vegas oczywiście), żeby wziąć ślub. Inny z kolei nie przypadł jej do gustu. "Wypierdalaj stąd, ale już!" - poprosiła go grzecznie, na co on tylko chrapnął. Z czasem zaczęło mnie to irytować. Zwróciliśmy jej uwagę raz, drugi, trzeci, stopięćdziesiątysiódmy. Bez efektu. Ona w tym czasie zdążyła nas zwyzywać od narządów płciowych męskich, przeszkadzała nam w pracy włażąc do gabinetów w trakcie badania pacjentów, w końcu zażądała żandarmerii wojskowej i straży granicznej, klnąc butnie, że ona robiła tu, w tym szpitalu wojskowym. Próbowaliśmy jej uświadomić, że to zwykła, mała, cywilna placówka, ale uznała, że hhhuuuurwa chyba wie gdzie jest i jej nie nabierzemy. Policjanci musieli jej wystarczyć - zabrali ją na randkę do wytrzeźwiałki.
Pozostali grzecznie spali w oczekiwaniu na rodziców czy koleżanki i kolegów.
Oprócz powyższych jednostek w izbie przebywało też kilka chorych osób, wymagających mojej uwagi, a szczególnie jej skupienia na pracy umysłowej w celu podjęcia właściwych decyzji. W związku z tym o północy mieliśmy pełną chatę, pełną gości, a ręce pełne roboty. Wybiegłam na podwórko trzęsąc się z zimna i wspinając na bramę wjazdową, żeby lepiej widzieć eksplozje na niebie. Zachwyciłam się kilkoma wybuchami i musiałam już czym prędzej wracać do naszych milusińskich. Grubo po północy ktoś otworzył nasze schłodzone wino musujące i rozlał po kilka łyków do kubków. Włócząc się pomiędzy gabinetami nawet nie zarejestrowałam kto był naszym dżentelmenem.
Około drugiej lub trzeciej zadzwoniła pani te-fał-en. Przedstawiła się, była miła i kulturalna i bardzo mnie prosiła, chlipała, grała na moich uczuciach, twierdząc, że będę ją miała na sumieniu, błagała wręcz, żebym wystąpiła w telewizji publicznej i zrelacjonowania w skrócie jak przebiega mi dyżur. Że to tylko dwa zdania. Naprawdę! W innych szpitalach jej odmawiali. Ja z kolei błagałam ją, żeby nie przyjeżdżała, że się boję kamery i mikrofonu, na samą myśl się jąkam i czerwienię, i nie nie nie absolutnie aaaAAA nie nie nie dam rady, nie chcę, nie jestem medialnym zwierzem. Jestem dzikim zwierzem! Popłakała jeszcze trochę w słuchawkę po czym zrezygnowana podziękowała i się pożegnała. No naprawdę była sympatyczna, ale moja socjofobia w obliczu tłumnej publiczności telewizyjnej oznacza całkowity paraliż. Plus jeszcze seria złośliwych zastrzyków w brzuch od współpracowników po powrocie do Kombinatu. Nieeee. Naprawdę nie zrobiłam tego z powodu mania w dupie czy przez wredotę, tylko z lęku.
- Trzeba było powiedzieć, że nie pamiętasz jak minął dyżur, bo jesteś pijana - doradził mi neurolog, spędzający u nas pracowicie więcej czasu niż w swoim macierzystym oddziale, płacącym mu miesięczną jałmużnę.
Do rana udało mi się nawet zdrzemnąć parę minut, pomimo tak gęstego ruchu, a całe wydarzenie uważam za wyjątkowo udane, chociaż musiałam je później odespać.
Jak to zwykle bywa z imprezową nocą.
2012-01-24 | 20:40:54
skomentuj (4)