Portugalia

Muchy turystów brzęczą po mieście. Gromadnie obsiadają wybraną kupę i żują, żują, żują. Obok rosną kwiaty, ale muchy wolą kupy i gromadność. Kupy są okazałe, idealnie brązowe i aromatyczne. Obficie gwiazdkują obiekty w TripAdvisor. Kwiaty są małe, polne i pstrokate. Przysiadają tam pojedyncze owady, które brzydzą się muchami i ich towarzystwem, chociaż momentami zazdroszczą im zdolności gromadzenia.
Jestem turystą.
Pociąg odjedzie za dwadzieścia minut. Jest jedenasta rano. Potrzebuję kawy! Przechodzę przez ulicę i odbijam się od gwaru much, zajadających krłasanty z prawdziwą lokalną kawą, z prawdziwej lokalnej sieciówki kawowej. Nie ma miejsca. W budynku obok autochtoni konwersują w cudzoziemskim języku i piją czarną maziaję z maciupkich kubków z zabawkowego zestawu kuchennego dla dzieci. Nie jedzą. Wyłamuję się z układu i zamawiam kawę z mlekiem(!). Jest pyszna. Mocna. Gorąca. Idealna. 
Wsiadam do pociągu i zastanawiam się czemu nie dołączają się muchy. Stacją pośrednią tego składu jest przecież wielce turystyczna i popularna w przewodnikach miejscowość, którą zamierzam spotkać osobiście. Odwiedzają ją mali i duzi, starzy i młodzi, chudzi i grubi, głupi i mądrzy. Wszyscy. Peron, na którym wysiadam jest opuszczony, opustoszały, pusty i zamknięty na głucho i ślepo. 
Bez zbędnych świadków gramolę się pod górę, ale wiem, czuję, że coś jest nie tak. Jest jakoś za łatwo. Za bramą miasteczka pojawiają się ludzie. Ludzie? Turyści? Przypominają zbudzone moją nieostrożnością ghoule. Suną, pełzną, rozmawiają, śmieją się, prowadzą za ręce dzieci, rozglądają się, zwiedzają, gęstnieją. Jest ich więcej, coraz więcej, zapełniają sobą każdą przestrzeń. Są cieczą. 
Ja też sunę. Idę ulicą i jestem głodna. Mijam kolejne restauracje zapchane po brzegi, po kąty, łącznie z oślimi ławkami. Restauracje z kelnerami dostojnymi, młodymi, gibkimi, sprężystymi, ubranymi w fartuchy profesjonalności, obsługującymi klientów prezentując uśmiechy ze stockphoto. Mijam, bo się ich boję. Mijam, bo na szczęście nie ma miejsca. Nagle zapełnione stoliki się niespodziewanie kończą. Jednak ulica nie da się tak łatwo uczesać i odsupłać. Ustawiają się kolejne stoliki i stoją. Nikt nie korzysta z krzeseł przy nich ustawionych. Przystaję, żeby przeczytać menu. Potrawy podobne do tych w gastronomii obok. Ceny nie. Wybieram zupę za dwa euro zamiast czterech. Jest przepyszna, a chleb podany do niej kruchy i ciepły, za to piwo zimne. Dziwna sprawa. Sio, muchy, sio – ulica macha szmatą na nachalne owady. Do plecaka pakuję niedojedzony chleb. Czuję się banalna.
Wracam do domu. Chciałabym wierzyć, że oni też wracają, pomimo, że w pociągu ich nie ma. A może są częścią dekoracji, elementem większej gry?
Idę w to! Przestaję już zwiedzać. Będę chodzić na QUESTY.
***
Kto brał udział w jakimkolwiek głównym queście, ten wie, że wymaga to przygotowania. Trzeba skompletować drużynę, dobrać odpowiednią do sytuacji zbroję, pobłogosławić się i obsypać zaczarowanym pyłem. Tak też uczyniłam i wyruszyłam barką za rzekę, żeby oglądać i filmować zachód słońca, siedząc na industrialnym, opuszczonym nabrzeżu, zabudowanym ośmieconymi pustostanami, popijając wino. Ten ostatni element stanął pod znakiem zapytania, gdyż nie miałam w wyposażeniu klucza. Często jednak klucze i instrukcje rozwiązań istotnych dla fabuły łamigłówek napotykane są w drodze i zdobycie ich wymaga wykonania dodatkowego zadania. Trzeba kogoś zabić, albo zanieść pamiątkowy amulet do wójta gminy, czy też znaleźć lekarstwo na szkorbut i legionellozę dziesiątkującą armię dyskordiańskich templariuszy. Weszłam do pierwszej napotkanej gospody. Przy stołach biesiadowali tuziemcy w typowych strojach lokalnej społeczności. Podeszłam do baru i w langłidżu wyjaśniłam swój problem. Pan za ladą powiedział coś w tubylczym narzeczu wywołując zza kuchennych drzwi kolejnego kelnera. Ten porozumiewał się wieloma językami. Zapytałam, czy mógłby mi użyczyć na chwilę korkociąg, bo wino jest zamknięte. Wyciągnął rękę, żebym podała mu butelkę.
- Ale to jest gorące! – skrzywił się.
- Niestety – przytaknęłam z równie krzywą miną.
Unosząc chytrze palec do góry schylił się do lodówki pod blatem, schował tam mój flakon many i wyjął taki sam, ale zimny. Booster! Otworzył i życzył miłego dnia.
Tak zaopatrzona ruszyłam ku dalszej przygodzie. Do zachodu słońca było jeszcze dużo czasu, więc mogłam przegrzebać okoliczne krzaki w poszukiwaniu pudełek z artefaktami. Portugalczycy z wielkim upodobaniem plują na chodniki i uprawiają geocaching śmietnikowy. Otworzyłam mapę z markerami skrytek. W drodze do jednej z nich nabawiłam się dziury w nodze na skutek spotkania z betonowym słupem. Z kamienną miną udałam, że nic się nie stało. Psst, nie można zwracać uwagi postronnych. W końcu wgramoliłam się na górkę i razem z eNPeCem zasiadłyśmy na ławce, przyglądając się Lizbonie z drugiego brzegu Tagu. Pyszne to wino. Wzbierała w nas magiczna moc. Wokół zaczęły się błąkać kudłate stwory różnej maści. Jednemu krew kapała z ucha,. Podeszłam w jego stronę przekonana, że waśnie dostał łomot i być może wymaga opatrzenia rany, ale nie miał ochoty na bliski kontakt. Ucho miało kształt tak zwanego kalafiora. Nie widziałam nigdy kalafiora, który byłby nieforemnym, rozpadającym się nowotworem, ale ludzie z upodobaniem porównują te dwie rzeczy. Może nie lubią kalafiorów. „Spójrz jaki dorodny guz” – pokazują palcami na skrzynki w warzywniaku. Niebawem z budynku obok wyszła stara czarownica rozmawiająca z kotami. Znacznik interakcji był aktywny, więc podjęłam rozmowę. Po wymianie linijek tekstu dowiedziałam się, że przybyła wiele lat temu z Irlandii, zwiedziła kawał świata jako żona dyplomaty, a później sprawy potoczyły się gorzej i została samotna w wielkim apartamencie, z równie wielkimi oknami wypełnionymi spektakularnym widokiem. Wyznała też, że od dwóch tygodni próbuje złapać tego umierającego kota, by skrócić jego cierpienia humanitarną metodą medyczną i dlatego karmi go krewetkami, żeby pozwolił jej zapakować się do transportera. Zaproponowałam pomoc. Quest poboczny. Kobieta poszła po kontener i ręcznik. Przyniosła tez kolejne opakowanie kocich krewetek. Szast prast i zawiniątko trafiło za kratki. Podziękowałyśmy sobie nawzajem za tę przygodę, a że słońce płynęło już coraz szybciej w stronę rzeki, rozeszłyśmy się w swoje strony. Byłam już przy nabrzeżu, kiedy NPC wskazała palcem postać, wypatrującą kogoś w tłumie osób opuszczających łódź.
- To ta pani? – zapytała.
Podeszłam.
- Nie znoszę, kiedy ludzie mówią, że coś zrobią, a potem nie dotrzymują słowa – narzekała Czarownica.
Miała wyjątkowo niską siłę fizyczną i nie była w stanie samodzielnie dokończyć zadania. Wsiadłam więc do jej samochodu i z tak powiększoną drużyną pojechałyśmy wgłąb miasta. Dowiozłyśmy zwierzę do weterynarza. Misja zakończona. Punkty doświadczenia zdobyte, można modyfikować atrybuty. Quest główny musiał poczekać do kolejnego zachodu.
- Pomóc w czymś jeszcze, czy możemy już iść do domu?
- Daleko macie? Traficie? – zatroskała się.
- Do portu. Mam GPS.
- Zawiozę was, jeśli możecie chwilę poczekać.
Skorzystałam.
- Macie ochotę na wino? – zagaiła. Była z tych osób, które nie lubią milczenia w towarzystwie. Pewnie dlatego nie lubiła towarzystwa. Bratnia dusza.
- Zawsze mamy ochotę na wino, ale nie mam korkociągu.
Tym sposobem znalazłam się we wspomnianym apartamencie. Do tej wizyty skusiła mnie również możliwość skorzystania z toalety. Motyw ten jest notorycznie bagatelizowany, a przecież każdy bohater musi korzystać z toalety. Oprócz wina dostałam tez otwieracz, chleb razowy, będący wyjątkową rzadkością w tych stronach, cytrynę i wędzonego łososia. Podziękowałam i na ekranie z mapą wybrałam Szybką Podróż, żeby pojawić się po chwili w domu.
***
Innego dnia, zwiedzając nadoceaniczny kurort, spotkałam na piasku przemoczoną i przemęczoną mewę wyrzuconą przez fale. Ewidentnie miała problemy ze zdrowiem. Podeszłam i delikatnie rozciągnęłam jej skrzydła w poszukiwaniu złamań. Nie było. Mewa miała raczej problem neurologiczny i górna część ciała nie współpracowała z dolną. Nic się nie dało zrobić. Zostawiłam ją tam jako nierozwiązaną zagadkę.
Pół nocy nie spałam z rozpaczy. Nazajutrz spakowałam walizkę, żeby ruszyć już w powrotną podróż w rodzinne strony, do krainy swoich praprzodków. Mewa! Musi się dać coś zrobić. Wsiadłam w pociąg, a z dworca biegłam w stronę tamtej łachy piachu. Ptaszysko dalej leżało bez możliwości ruchu. Zawinęłam je pod pachę i pognałam z powrotem na stację kolejową. Zabrakło mi już odwagi na rozmowę z lokalną policją. Poprosiłam NPC o pomoc. Pomimo niskiej charyzmy udało mi się ją przekonać. Nie było to jednak rozwiązanie zagadki. Siedziałam na murku, głowiąc się co dalej. Wyciągnęłam z inwentarza wędzonego łososia i karmiłam wymęczone zwierzę. Czegoś jeszcze nie zauważyłam, czegoś nie odhaczyłam, nie odwiedziłam jakiejś lokacji, co, czego, co?! Czas jakoś szybciej płynął. Pasek postępu z zielonego, poprzez żółty niebezpiecznie zbliżał się do czerwonej strefy zagrożenia utraty życia, przegrania gry. Wsiadłam do pociągu z mewą na kolanach. Wbiłam w nią wzrok, żeby nie zauważać innych wzroków wbitych we mnie. Planowałam zostawić ją w tłocznym, turystycznym miejscu z nadzieją, że ktoś inny podejmie to zadanie. Tam jednak niemiłosiernie paliło październikowe słońce zagłady. Położyłam ją w cieniu. Próbowałam zaangażować w pomoc postaci, z którymi wcześniej wchodziłam w interakcję. Rozmawiałam z właścicielami wynajmowanego pokoju, a także z ulicznym perkusistą, poznanym wcześniej podczas jednego z występów grupy. Moje statystyki w zakresie charyzmy okazały się jednak zbyt niskie do wypełnienia zadania. Mission Failed.
Pozostał już bieg przez płotki w labiryncie, tor przeszkód godny przygód Indiany Jones-a, finalny sprint na lotnisko, gdzie gniazdował smok, z którym umówiłam się na transport i opłaciłam pełnym mieszkiem srebrniaków. Bestia rozgrzewała już skrzydła i truchtała w miejscu za boczną linią przy ławce rezerwowych, prezentując firmowy dres drużyny. Udało się przed gwizdkiem.
Jeszcze tylko końcowy filmik, wyciemnienie i napisy informujące o twórcach gry.

Czekam na kolejną edycję.

Sny są niebezpieczne dla zdrowia

Dyżurowałam na porodówce. Zerknęłam na zegarek, była pierwsza czterdzieści siedem.
I wtedy przyśniło mi się, że jestem na dyżurze porodowym. Przyjechali znajomi i wybraliśmy się na basen, taki bardzo dziwny, na siódmym piętrze, na które wjeżdżało się samochodem w windzie wysłanej miękkim, białym obiciem. W windzie też była woda, metr dwadzieścia głębokości i przy otwieraniu drzwi nie wypływała. Równy, grzeczny prostopadłościan. W szatni, wyjmując z kieszeni telefony, zorientowałam się, że jeden to służbowy i jeśli na niego zadzwonią to zajmie mi mnóstwo czasu, żeby dojechać z powrotem do pracy. Poza tym w jaki sposób miałabym usłyszeć, że dzwoni, kiedy będę pływać?! Zestresowałam się. Biegłam zdyszana do szpitala. Na miejscu okazało się, że położne dzwoniły z prośbą o znieczulenie i nawet odebrałam ten telefon, zapewniając, że przyjdę ale zapomniałam. Wpadłam do pokoju i kiedy się przebierałam rozległo się łomotanie do drzwi. Otworzyłam. Stały dwie położne z minami proszącymi. Chciałam już przepraszać i obiecywać, że lada moment będę na sali, ale one przybyły w innej sprawie.
- Czy znieczuli pani jeszcze jedną rodzącą? Bo jest stan osiem.
- Stan osiem? – Nic nie rozumiałam.
- No ósma godzina, a wy już o tej porze nie chcecie znieczulać, bo jest zmiana dyżuru.
Fak fak kurde, jak to ósma?!! Przecież na ósmą mam do Kombinatu! Wpadłam w panikę.
- Jak to ósma?! Ma pani zegarek?
Położna podsunęła mi swój nadgarstek z zegarkiem. Cyfry były bardzo niewyraźne i rozmywały się. Jeden z pewnych objawów snu. Ewentualnie słabej baterii zegarka i wady wzroku patrzącego. W końcu z tej mgły wyłoniła się dziesiąta czterdzieści siedem.
Już to przecież widziałam. Może wtedy też było jeden zero cztery siedem, a nie zero jeden cztery siedem? Co się dzieje?! Jak ja się strasznie spóźniłam do pracy! To już dawno nie jest ósma!
I wtedy, na tym korytarzu przed dyżurką rozbolała mnie głowa, ale tak dramatycznie, a nawet dramatyczniej. Miała już pęknąć. Dołączały się ewidentne objawy krwawienia do mózgu, już miałam umrzeć…
Zadzwonił telefon. To z sali porodowej z prośbą o znieczulenie. Ocknęłam się. Była trzecia trzydzieści. Nie wiem czemu skojarzyło mi się nagle, że dawno temu urodziłam się o trzeciej trzydzieści.

Z pamiętnika Mistrza Pogawędek

1.
Siedzimy w sali odpraw. Koło mnie kolega patrzy w stronę drzwi, którędy napływa fala ludzka, zmierzająca ku krzesłom.
- O rety, jaki on blady! – znienacka woła zaniepokojony.
- Kto? – odwracam głowę w stronę ludzi.
- No on.
- Ojej faktycznie. Wyglada jak moje cycki.
- JAK CO?!
Mina bezcenna i nie do opisania w tym banalnym pamiętniczku.
(Skojarzenie takie wynikało z tego, że niedawno moja skóra, w wyniku działania promieniowania słonecznego przybrała kolor czerwony. Jedynie te części ciała, które chowają się pod bielizną pozostały idealnie blade, do tego stopnia, że można na nich wykalibrować balans bieli w sprzęcie optycznym)

2.
Stoimy w kilka osób wokół łóżka ciężko chorego pacjenta, po dużej operacji laryngologicznej polegającej na wycięciu mniej więcej połowy szyi, zawiniętego w opatrunki i plastry, oddychającego z respiratorem przez rurkę tracheostomijną. Pacjent uśmiechnięty, pokazuje kciuk do góry i że nie może mówić. W końcu domyślamy się błyskotliwie, że chce nam coś napisać. Podajemy mu długopis, kartkę i podkładkę.
- Pewnie rysuje nam rebus – zagaja laryngolog w oczekiwaniu na wiadomość.
- Może chce z nami zagrać w wisielca – dodaję radośnie.
Kurtyna.

Syntax Error. Respawn.

Informatykoni, technofici, elektrolodzy, cyfrolici opanowują krainę medyceuszy. Panoszą się i mnożą, wzrastając na nieprzyjemnie lepkiej żelatynie biurokracji, w odduszonych w eksykatorach przepisach prawnych. Przez niepohamowany rozwój ich kolonii, opornych na leczenie myślą i rozumem, rozwija się zakaźna dokumentoza.
W korposzpitalu, w którym niedawno jeszcze pracowałam, wprowadzają coraz to fikuśniejsze nowinki techniczne. Oczywiście o ile obowiązek prowadzenia dokumentacji medycznej nie podlega dyskusji, to już forma realizacji bywa nie tylko nieżyciowa i niepraktyczna, ale często stwarza też zagrożenie dla życia pacjentów. Tfu! miałam na myśli klientów, peselów, kolejnych liczb porządkowych w księdze rachunkowej.
Dyżurowałam w okresie wymiany starego systemu zarządzania bazą danych (fuj fuj fuj), na nowy, lepszy, błyszczący i z zaokrąglonymi rogami (cacy cacy). Nie można było wtedy w ogóle używać zapisów elektronowych i trzeba było stawiać tego pasjansa ręcznie. Historie chorób były gęsto kolorowane tuszem długopisów. Następny mój dyżur wypadał mniej więcej trzy tygodnie później. W tym czasie osoby, które dopadł ten pechowy los, miały obowiązek zamienić wstecznie wpisy ręczne na klawiaturowe. Dowiedziałam się o tym kiedy przyszłam do pracy. Powitało mnie pismo od dyrekcji, że nie wypłacą wynagrodzenia, dopóki nie uzupełnię zaległości. To, że nie było to technicznie wykonalne zostało pominięte i z zamysłem przeoczone. W powyższym piśmie wyszczególnione zostały numery ksiąg wymagających poprawy. I tu bareizmy zaczęły się sypać, turlać pod nogami, powodując moje akrobatyczne fikołki i liczne urazy.
Najpierw się okazało, że po numerze historii wyjątkowo trudno jest odnaleźć danego pacjenta i trzeba się wykazać buddyjska cierpliwością i pracowitością Kopciuszka, przekładającej kartki z prawej strony biurka na lewą. Oczywiście arkusz po arkuszu. Następnie system mi zakomunikował, że się nie da. Ale że nie wiadomo czemu. Uruchomiliśmy telefon do specjalisty. Droga Kasiu. Pan informatyk wypił płyn zmniejszający i pamiętając o zabraniu kluczyka ze stołu, wszedł przez tylne drzwiczki na mój pulpit, pootwierał okienka, zrobił przeciąg i zapachniało świeżym powietrzem, i miało być pięknie, radośnie, i już miało działać, a słońce miało rozjaśniać nam oblicza i włosy. Po czym się rozłączył. Oprogramowanie sklecone z blachy falistej, metr na metr, zgrzytało i trzeszczało, początkowo dość obiecująco, jednak nie współpracowało. Zadzwoniłam jeszcze raz. Pan był poirytowany. Poprosiłam o pomoc w odnalezieniu pacjentów. Powiedział, że muszę mu podać ich nazwiska i datę pobytu.
- Tego właśnie próbuję się dowiedzieć, żeby móc wejść we właściwą zakładkę i uzupełnić.
- Jestem teraz zajęty – wyjaśniał – jestem w przychodni i naprawiam komputer.
- Oj ok, to przepraszam. Nie chciałam przeszkadzać. Zadzwonię później. Chociaż skoro się tego nie da, to może najlepiej będzie jeśli przejdę się do pani dyrektor zapytać, kogo miała na myśli, typując te szczęśliwe numery.
Chwile później informatyk się ze mną skontaktował, że był zajęty, pacjentka czekała, a on tam naprawiał i….
- No rozumiem, dlatego nie chciałam…
- Proszę mi nie przerywać! Byłem zajęty! Pacjentka czekała! Drukarka nie działała! – skandował – A pani mnie straszy dyrekcją?! Tak się spraw nie załatwia! Ja mam wszystko nagrane!
Zagotowałam się. Nie dość, że siedzę nad czymś co jest niewykonalne, jestem karana za coś, czego nie tylko nie dało się zrobić, ale też nie zostałam o tym zadaniu wcześniej powiadomiona, to jeszcze jakiś głos w słuchawce opieprza mnie za to, że źle zrozumiał moją wypowiedź. Lont się dopalił.
- Cieszę się bardzo, że to się nagrywa! To teraz ja powiem do końca. Nie straszę pana dyrekcją, był pan zajęty i nie chciałam przeszkadzać, a mam tu pismo zwierzchnictwa, w którym zawarte są tylko numery, co, za przeproszeniem, GÓWNO mi daje.
Odłożyłam słuchawkę. Ręce mi się trzęsły. Chyba właśnie podpisałam wymówienie z pracy.
Nadal próbowałam rozwikłać zagadkę bitową, znieczulając jednocześnie pielęgniarką operowanego człowieka. Na szczęście nie tylko ja znalazłam się w tej niekomfortowej sytuacji, co ułatwiało to o tyle, że nie musiałam osobiście wykonywać rozmów telefonicznych. Przez kolczaste krzewy klasterów, zaschnięte badyle podkatalogów i nieprzetrzebiony, zarośnięty młodnik ustawień, ograniczeń i nieułatwień dostępu przedarłam się do komórki docelowej. Wprowadzałam dane jak szalona, klik klak tuk tuk tuk. ENTER!
Wyskoczył zza rogu z zaskoczenia komunikat o błędzie weryfikacji danych.
Wykonawcą procedury jest ta sama osoba, która została oznaczona jako personel uczestniczący!
Mój sztucznointeligentny biokryształ topniał z wysiłku, wznosząc się na wyżyny swej mocy obliczeniowej, kiedy próbowałam pojąć jak mogłabym być wykonawcą procedury, nie uczestnicząc w niej, jednak odpowiedź na to pytanie pozostała asymptotą funkcji rozumowania. Zaniechałam prób przekształcenia tego równania. Poległszy wśród odłamków tłuczonych kilobajtów musiałam ponownie skontaktować się ze specjalistą. Tym razem zadzwoniłam do innego. Ten próbował mnie przekierować do pierwszego, ale zwierzyłam mu się z naszej niefortunnej przygody i dość niezręcznej konwersacji, a uprzejmy dżentelmen postanowił mi pomóc. Cyk cyk myk myk cyk pstryk i praca domowa odrobiona.
Czekam teraz na konsekwencje. To jest na wypłatę majowego urobku i ewentualne zwolnienie z powodu nagrań z niezbyt udanym doborem słownictwa i środków stylistycznych.

Thriller

Najlepszą powieść akcji pisze codzienność.
Potomka moja miała w planach jechać z babcią i dziadkiem i kuzynem do Grecji, na tydzień, do hotelu z basenami, lodami, słońcem i innymi atrakcjami dla dzieciarni. Od tygodnia przeżywała, czekała, planowała. Uzupełniłyśmy ekwipunek w kosztowne sprzęty z marketów specjalistycznych i wielobranżowych. Dzień przed wyjazdem zapakowała całą walizkę, trzy razy sprawdzałyśmy czy wszystko jest. Było! Co za cudowny dzień.
W dniu wyjazdu ja miałam być w pracy do godziny piętnastej, w odległości około osiemnastu kilometrów z korkami od domu. Młoda za to miała być w szkole, do czasu aż dziadkowstwo ją odbierze w środku edukacji podstawowej. Wszystko się udało.
Dzwonił telefon od taty – myślałam sobie: dojechali, ufff, zaraz wezmą graty i poinformują mnie o wyprawie na lotnisko, pomachają łapkami, a ja będę im życzyć udanego pobytu.
- Halo?
- Gdzie jest paszport Niny – usłyszałam w słuchawce.
Oooooooo ooooooo oOOOOOOO OOOOO KUUUUUUU RRRRRRR
No jakoś tak. Nie ma potrójnego pogrubienia czcionki, które wyraziłoby mój stan w tamtej chwili. Stan przedzawałowy. Perforację żołądka w przebiegu wrzodu stresowego o typie fulminans. Omdlenie poronne – takie, że chciałabym zemdleć, ale jestem mimo przeciwności losu przytomna i muszę stawić czoła okolicznościom.
- Yyyyy – zaczęłam. – Nie wiem – uzupełniłam.
Później wyliczałam pierdylion miejsc potencjalnego pobytu wspomnianego dokumentu. Przypomniałam sobie, że paszport był przeterminowany. W tym celu wyrabiałam jej dowód osobisty, który w lutym zabierałyśmy na inny wyjazd zagraniczny. Wtedy był. Był w torebce. A może w kurtce? W tej zimowej nie ma? A sprawdźcie w plecaku. W nerce. W bluzie. W każdej dowolnej torbie napotkanej w mieszkaniu.
Nie ma nie ma nie ma.
Pamiętałam, że po powrocie ze wspomnianej wycieczki wkładałam go do swojego portfela, żeby później przełożyć do etui z kartą miejską, ale jakoś nie trzymało się zbyt stabilnie i uznałam, że wypadnie, więc włożyłam w inne, bezpieczne miejsce. A może tylko chciałam włożyć? Gdzie jest karta miejska? Nie ma. Od miesięcy dziecko jeździ na gapę, bo kartę miejską ma gdzieś. No gdzieś ma. Legitymację też. I bałagan w pokoju.
Zadzwoniłam do pani, która okresowo wpada do mojego pierdolnika i zamienia go w żurnalowy pałac, żebym po kilku godzinach znów zamieniła go w pierdolnik.
- Dzwonię w nietypowej sprawie, czy widziała pani może pałętający się gdziekolwiek dowód osobisty?
- Aaaale… yyy, co?
Pani nie jest pochodzenia polskiego, więc czasem ma problemy ze zrozumieniem bełkotu.
- Dowód, osobisty, czy gdzieś leżał? Rzuciło się pani w oczy?
- To taka karteczka? – zawężała zakres poszukiwanego przedmiotu.
- Tak! Różowa, albo czerwona, jakaś taka. Plastikowa karteczka ze zdjęciem.
- No nie wiem na pewno… była… może na biurku? Albo na półce z książkami?
- Ale widziała pani coś takiego?
- No karteczkę tak.
Czyli musiało, no musiało być. Diable odsuń ogon!
Na lotnisku mieli być na godzinę piętnastą. O czternastej ginekolodzy zastanawiali się czy brać leep-a czy histeroskopię, ale czemu nie ma miejsca w sali pooperacyjnej, zaraz kogoś wyrzucimy [przyp. aut. - w tym szpitalu po k.a.ż.d.y.m znieczuleniu człowieki trafiają do sali monitorowanej]. Dostawka, może dwie dostawki. Bierzemy? Ale kogo? Nie ma badań. A są potrzebne?? Dobra, nie są! Bierz i dawaj i rób to! Namawiano mnie, żebym zadzwoniła do szefa, poprosiła o szybką pilną zmianę, żeby móc w trybie natychmiastowym i najlepiej z eskortą policyjną na sygnałach przelecieć między dzielnicami miasta. Sprawa życia i śmierci! Jeśli dowód się nie znajdzie i córka nie pojedzie, to umrze ze zgryzoty i smutku. Ale kto u licha mógłby przyjść tu o czternastej w piątek. Zanim zgłoszę, zanim Ojciec kogoś znajdzie, zanim go wyśle, zanim zanim, to zdążymy już to skończyć. Róóóbmyyyyy!!!
Rodzice dzwonili co chwilę meldować że dowodu nie ma tu, ani tam, ani w miejscu numer trzy, cztery, pięć, dziesięć, piętnaście. W miejscach wskazanych jako potencjalny pobyt karteczki też nie. Sprawdzali dwukrotnie. Nigdzie. W końcu zakomunikowali, że jadą na lotnisko i najwyżej odeślą Ninę do domu taksówką.
Przez cały tydzień kończyłam pracę dużo przed czasem, wysiadywałam dupogodziny w oddziale, doglądałam nasze służbowe, popsute akwarium, które się rozkleiło i płakało jezioranką na torby rzucane pod nim. Ale w piątek, jak zawsze, trzeba wyrobić nadprogram, bo co spadnie, to będzie zalegać przez weekend bezproduktywnie w szpitalu. eNeFZet nie zapłaci za tyle, tylko za procedurę. A doba hotelowa w szpitalu kosztuje więcej, niż w tym w Grecji. Nie wliczając w to niepoliczalnego cierpienia ludzkiego i strat moralnych.
Minuty uciekały, GATE OPEN, boarding.
Czternasta pięćdziesiąt. Wybiegłam z kombinatu, wsiadłam do Brudasa, który przypomniał mi melodyjnie, że TU RU RU. Kolejny raz potrójnie pogrubioną czcionką muszę nadmienić, że NIE MIAŁAM BENZYNY. Ale, że tak całkiem. Nie sądziłam nawet, że dojadę do pracy, ale się udało. Ale w drugą stronę? Taksówką może? Motyla noga, ojejku co za pech. Wyłączyłam klimę, zaniechałam wyłączania irytującego automatu start-stop. Turlałam się w stronę domu na niskich obrotach, z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę. No czasami trochę szybciej, kiedy zamykałam okna. Paliwa starczyło. Nie wiem jak. Może Brudas, zwany Edkiem, jechał napędzany empatyczną chęcią niesienia pomocy. Zaparkowałam gdzie bądź, wbiegłam do mieszkania i doskoczyłam do miejsca, które było wielokrotnie sprawdzane, z racji mojego przekonania, że gdzieś tam był dowód kiedyś, może w poprzednim życiu, a może to mi się przyśniło, a może ta karteczka… Wysypałam zawartość zbiornika na biurko. Pac, diabeł odsłonił. Dowód był. Tylko jak go teraz dostarczyć na lotnisko, nie mając benzyny. Oczekiwanie na taksówkę w godzinach korków odpadało. Pomoc przygalopowała na srebrnym, niemieckim rumaku, karmionym pożywnym olejem napędowym, za nic mając ostrzeżenia dobrodusznego Yanosika, że kolejny raz straci prawko, za popierdalanie ponad limity oznaczone w czerwonych kółkach. Cwałem w stronę portu lotniczego, samolot wstrzymany, cały świat wstrzymany, oddech wstrzymany, tempo wstrzymane, zwolnione do granic wytrzymałości. Każda sekunda trwała godzinę, czyli dłużej niż w czasie oczekiwania na pogotowie, kiedy człowiek umiera. Wbiegłam, znalazłam, przekazałam dowód. Podążyli w stronę bramek odprawy. Wybiegłam. Parking kiss & fly ma prawdopodobnie inny czas ustawiony na zegarze wjazdu i wyjazdu. Przy kasie parkomatu pan kłócił się panią obsługującą parking, że był tu dwie minuty, a i tak go nie chce wypuścić. Ja też byłam góra pięć, raczej cztery, ale napisało mi przy szlabanie na wyświetlaczu, że czas przekroczony. Cennik parkingu lotniska to trzydzieści zeta za przekroczenie magicznych siedmiu minut. Później już taniocha. Chuje.
Wieczorem dostałam wiadomość że ekipa dotarła szczęśliwie na Greckie lotnisko.
Jezus, Maria, Józef, Stalin!
Padłam.

//Powyższy opis, z racji niedostatecznych środków wyrazu piszącej, nijak się ma emocjonalnie do faktycznych przeżyć przeżywających tę sytuację//

Zamachowiec

Kupiłam garnek. Kod kreskowy z informacją przylepiono od spodu. Wymoczyłam denko we wrzątku i papier elegancko odszedł, zostawiając prostokątną plamę dobrego, solidnego kleju. Pomyślałam, że tylko osoba o małym rozumku mogła tego dokonać, ale naraz naszły mnie wątpliwości. Dum dum dum dum, szemrzące werble w tle… A jeśli zamiarem naklejającego było, by odklejający polał garnek toluenem, benzenem, izopropanolem, gargantuą i pantagruelem, a następnie wstawił go na gaz?
Hę?

Paranoid Android (33)

Oko androida rozchyla powieki. Fotony biją na alarm w światłoczułą płytkę. Wizjer uruchamia nagły flush, solidne chluśnięcie, wielką falę elektryczności rwącej szerokopasmowo obwodami. Zanim prąd płynący przez kryształ, rozgrzeje go do temperatury użytkowej, pojawiają się nieudolne próby myśli, drobne przepięcia i glitche. Ułamki sekund paniki.
Która godzina?! Zaspałam?! Gdzie jestem?! Na którą do pracy?! Do której dziś pracy?! Czy przygotowałam jedzenie?! Czy mam buty?!
Jeszcze gorsze rzeczy dzieją się po nieoczekiwanej pobudce z popołudniowej drzemki w dzień wolny od pracy zimą. Ale czy na pewno wolny?! Jest dzień czy noc?! Jaki dziś dzień?! Jaki rok?!!
System androida ładuje się bardzo szybko, jednak paniczny lęk ma jeszcze szybszych posłańców, zawiadamiających podrzędne struktury o gotowości do popłochu i histerii. Pompa układu hydraulicznego przełącza się na wysokie częstotliwości drgań. Cała struktura zgina się w pół, sadzając androida na łóżku, a liczne analizatory zbierają impulsy zmysłowe z otoczenia.
- Ach… jestem w pracy – dociera wiadomość do głównego procesora – Mogę spać dalej.
Pac!
Kurtyna!