Miłościwie panujący Pan Ordynator każdego ranka zaskakuje nas swoimi wyborami. Przychodzi do Kombinatu, zasiada z plikiem planów operacyjnych poszczególnych oddziałów i z listą swoich roboli i przydziela nazwiska do rozmaitych kratek. Jakby rysował graf, układ scalony, rozwiązywał łamigłówkę w branżowej planszówce. Pac Man, om nom nom nom. Plastikowe figurki na sześciennych podstawkach. Tak to sobie wyobrażam.
Jakkolwiek to wygląda w rzeczywistości, efekt jest taki, że podczas porannej odprawy i kawy dowiadujemy się kto gdzie tyra. I tak przez pierwszy tydzień po nieobecności stażowej każdego dnia odwiedzałam inny blok, aż wtem, gdy nastał poniedziałek drugiego tygodnia, zostałam wysłana na ortopedię. No niby nic. Miejsce jak każde inne, operacje też. Ludzie przyjaźni, przaśny, rubaszny żart na salach i dużo roboty do późnych godzin. Oni zawsze mają kogo operować. Dwadzieścia cztery na siedem. Ale nie to jest tu kluczowe. Każdy ma jakiegoś bzika, każdy hoduje własnego demona, a ja w domu mam chomika, kota, rybki oraz Cthulhu. My mamy naszą zbiorową halucynację, naszego lokalnego psychopatę. Nasz demon mieszka na ortopedii i straszy małe dzieci, czyli rezydentów. Szczególny rodzaj specjalisty, który posiadł pewną wiedzę i udowadnia wszystkim, że są od niego głupsi. Czasem robi to w sposób przeciętny, niegodny wielkiego umysłu, a czasem wzbija się na wyżyny swego intelektu i wykorzystuje go do wymyślania tortur psychicznych i pogrążania ofiary. Wiele osób jego nauki odchorowało płaczem, sraczką czy wrzodami. Zastanawiamy się kto z nas pierwszy popełni samobójstwo, a kto przyjdzie na odprawę z karabinem i rozpierdoli nam wszystkim głowy dla odreagowania.
W poniedziałek ukryłam się jednak na innej sali, pod opieką innego nadzorującego, doktora Pająka, który w obecności samic ludzkiego gatunku uruchamia wszystkie kończyny i członki, oplatając i usidlając zdobycz. Pocieszna maskotka naszego oddziału. Ani się obejrzałam i była piętnasta, o której zapakowałam tornister i pobiegłam do kolejnej roboty.
Następnego dnia chciałam powtórzyć manewr.
- Nie popracujemy dziś niestety razem - Pająk przyszedł oznajmić mi na stronie, w damskiej szatni.
Odpowiedziałam coś spojrzeniem, nie wiem co.
- Mistrzu się o ciebie upomniał - kontynuował.
- No trudno - powiedziałam już na głos i poszłam przygotować sprzęt na sali.
Wiedziałam, że Psychopata, zwany nieraz Sauronem lub Czarnym Panem jak na prawdziwego świra przystało, ma stan emocjonalny przedszkolaka - był obrażony, że poprzednim razem go zignorowałam i pracowałam z kimś innym.
Dręczenie mimo wszystko zaczęło się lekko. Czy sprawdziłam aparat i czy w butlach jest zapas tlenu. Potem ustawienia wentylacji, dwadzieścia mililitrów więcej lub mniej robi kolosalną różnicę, wystarczy policzyć, odjąć przestrzeń martwą, przekalkulować czas wdechu i wydechu i ustawić odpowiednie parametry. Czy utrzymuję właściwy bilans płynowy i jaki on właściwie powinien być, można się pomylić o trzy krople. Że wolałby, żeby jego bliskich znieczulał ktoś, kto ma świadomość takich rzeczy. Ale wciąż żadnego jebania, upokarzania, publicznego poniżania i gnojenia. Zdecydowanie stracił na mocy.
O godzinie piętnastej, kiedy kończy się mój czas pracy, a po nim ani mi nikt nie płaci, ani mnie ubezpieczenie jak sądzę nie obejmuje, ortopedzi byli w trakcie kończenia operacji. Że to niby jak dobry kochanek, który mówi, że kończy, a pieprzy się jeszcze pół godziny. Ja chyba jednak tego porównania nie rozumiem, albo nie łapię żartu, bo co wesołego jest w trudnościach z dojściem? Postanowiłam, że już doczekam do końca operacji i nie będę się zrywać z łańcucha w trakcie. Za piętnaście czwarta przewiozłam pacjenta do sali wybudzeń, żeby popatrzeć jak sobie radzi z ketaminą. To akurat JEST wesołe.
- Niestety nie pouczestniczę już w obserwowaniu pana, bo jest godzina taka, że muszę wyjść - oznajmiłam.
- Ale jeszcze są pacjenci do obejrzenia na jutro - odpowiedział Demon.
- No to nie tym razem. Ja już jestem po godzinach pracy.
- Ja też i to czterdzieści pięć minut.
- Co pan robi w swoim wolnym czasie, to nie moja sprawa. Ja mam inne zobowiązania. I muszę iść.
Psychopata zbladł, z kamienną twarzą podziękował i pożegnał się.
- Dziękuję, do widzenia - odpowiedziałam i wyszłam. W pizdu! A konkretnie na parking i stamtąd po dziecko do przedszkola.
Następnego dnia dostałam przydział z Kierownikiem na swoje rodzinne podwórko, na którym się wychowałam i gdzie po krowich plackach na bosaka biegałam w pacholęctwie swoim rezydenckim, czyli na szczęki. Opowiedziałam mu o zajściu z poprzedniego dnia i wpatrywałam się pytająco.
- Sądzisz, że to specjalnie?
- Jeśli myślisz, że zostałaś wysłana na zajęcia resocjalizacyjne, to ja nic o tym nie wiem. To raczej przypadek. Znieczulaj, a nie gadaj!
Uwielbiam szczęki.
2012-05-09 | 22:24:22
skomentuj (1)
W programie mojej specjalizacji nie mam zbyt wielu ciekawych staży. Anestezjologom przydałyby sie galery na chirurgii, na internie, neurologii. Nawet na psychiatrii czy w laboratorium. Niestety. Laboratorium odrabiałam w wakacyjne praktyki po drugim roku studiów, według starego planu, bo teraz już nie ma tych praktyk wcale. Latałam w tę i z powrotem z probówkami, pozwalali mi nawet robić podstawowe badania na maszynie do robienia podstawowych badań, maczałam kolorowe paski w próbkach moczu i uczyłam się pobierać krew całej długaśnej kolejce pacjentów czekających na diagnostyczne pobranie krwi. Oczywistym jest, że ja byłam bardziej przerażona niż oni. Chirurgię, internę i tym podobne męczyłam w stażu podyplomowym. Na psychiatrii pisałam zlecenia za mojego lekarza nadzorującego, byle tylko nie musieć rozmawiać z jego pacjentami.
A teraz? Nic nie umiem.
Zatem wybrałam się na staż kierunkowy, przewidziany w programie specjalizacji. Staż pod tytułem diagnostyka i leczenie bólu. Zapisałyśmy się na ten termin razem z
Lecter, żeby było raźniej i weselej. I żeby było z kim wyjść na szluga. Z tą różnicą, że od miesiąca nie palę. Tak, spedaliłam się.
Pierwszego dnia usłyszałyśmy jak to nikt w całej Polsce nie umie leczyć bólu, że lekarze wysyłają im banalne przypadki, zamiast sami zacząć jakiekolwiek leczenie, że w ogóle jesteśmy do dupy i beznadziejni, a oni są zajebiści. No to co my na to - że chcemy się nauczyć, że super, niech nam pokażą o co chodzi, to nie będziemy takie beznadziejne i że w ogóle strasznie się cieszymy, że tam trafiłyśmy.
W drugim zdaniu poinformowano nas, że stażyści to samo zło, że nie ma z nich pieniędzy, że to dobijające, kiedy ktoś za człowiekiem chodzi 365 dni w roku i można przez to wylądować w psychiatryku i zapytano czy może nie chcemy sobie pójść na jakiś wykład, albo porobić czegoś innego. Początkowo odmówiłyśmy z nadzieją, że upór zostanie nagrodzony, jednak w ramach szkolenia miałyśmy pisać epikryzy wypisowe z oddziału badania bólu i przekopywać wieloletnie historie chorób w poszukiwaniu nieistotnych kawałków papieru. Historie pacjentów onkologicznych przypominają kanion Kolorado, z różnobarwnymi warstwami reprezentującymi rozmaite epoki orogenezy, pofałdowane przez ciśnienie napierających brzegów teczki i kolejnych warstw dokumentów.
Nauka nie poszła w las. Już czwartego dnia olałam staż i zrobiłam sobie wolne. Piątego też. W kolejnym tygodniu pojawiłam się w pracy w środę i piątek. Ostatni tydzień to ciężkie trzy dni tyrki od ósmej do jedenastej, czyli nic-nie-robienia, po których dostałyśmy wpis do karty specjalizacji o zaliczonym miesięcznym szkoleniu.
I to tyle.
Z ciekawych rzeczy zobaczyłam jak sprytnie i szybko zakładać porty donaczyniowe, co u nas kiedyś robili, a czego nie robią teraz, ale kiedy robili, to zajmowało im to dużo więcej czasu, a kiedy sama to robiłam to krew się lała, sprzęt rozłaził i nie ogarniałam sytuacji.
Poza tym miałam czas jeździć rowerem prawie codziennie, pić dużo alkoholu i odpoczyyyyywać. Kupiłam w tym czasie nowy rower, crossowy, zamiast górskiego, który dużo lepiej sie sprawdza i sam jedzie. Nabyłam też wrotki drogą kupna, takie prawdziwe, z miękkimi butami, bez regulacji. Przyjechały do mnie z Junajted Kingdom.
A na sam koniec... zaczęłam biegać! Sama w to nie wierzę. Ależ ta nuda jest twórcza!
2012-04-16 | 22:01:30
skomentuj (5)
Koleżanka z Kombinatu poprosiła mnie o zamianę dyżurów. Sobota za sobotę. W sumie to mi nawet pasowało. Będę miała dwa łikendy wolne, zamiast rozbijać sobie po jednym dyżurze raz w sobotę, raz w niedzielę. Jeden cały dwudniowy maraton i to nawet z nocną przerwą w domu, a kolejne laba.
Przylazłam rano, wdałam się w miłą pogawędkę ze schodzącymi dyżurnymi, dowiedziałam się o potencjalnych zagrożeniach i planach.
Chwilę po ósmej zadzwonił telefon od neurologów, że proszą o podregulowanie ich respiratorów, bo mają świeże gazometrie i że potrzebują też kaniulacje tętnic u kilku klientów. Zanim poszłam pokręcić kurkami, za oknem usłyszałam niemiły odgłos lądującego helikoptera. Zadzwonili ortopedzi, że mają jedną zwichniętą rzepkę i jeden zwichnięty obojczyk z drutowaniem. Ustawiliśmy się na dziesiątą.
- Idę teraz na neurologię - powiedziałam w drzwiach pokoju pielęgniarek. - Respiratory, tętnice i takie tam. A później mamy ortopedię. Masz aspirynę? - zapytałam, bo dziewczyna była zasmarkana po pas.
- Wzięłam rutinoscorbin. Nie chcę sie pocić. W domu wezmę aspirynę.
- Jak chcesz. Moim zdaniem powinnaś wziąć teraz. Zdzwonimy się.
Kiedy wdziałam rękawiczki i dłubałam igłą w okolicy nadgarstka zahałasowała gitara fabrycznego dzwonka Nokii, którą zawsze ustawiam jako dyżurną. Nie odebrałam. Bo nie mogłam. Później spojrzałam, że to chirurdzy coś chcieli. Porozumiałam się ze starszą, która uznała, że ona już się z chirurgami umówi na operację, a ja mam pozostać na nasłuchu, do interwecji bieżących.
Zgodnie z planem rozpoczęliśmy artroskopię kolana u piętnastoletniego dzieciaka, z przeszłością ortopedyczną. W tym czasie doszły nas niusy z SOR, o dziewczynie z wypadku. A jednak to śmigło...
- Ma oderwaną rękę - relacjonował z przejęciem posłaniec - I pękniętą śledzionę.
Na wszelki wypadek zadzwoniłam do starszej, żeby się na tej chirurgii nie rozkręcała, bo mam tu niepokojące informacje o zbliżającej się naprawdę pilnej operacji. Ale już wiedziała. Przejęła tę pacjentkę, a ja miałam się zająć całą resztą szpitala. Ortopedzi odroczyli obojczyk, bo zajęli się wyżej wymienioną. W tym czasie poszłam z usługami do neurochirurgów, którzy zakładali drenaż dokomorowy z powodu ostrego wodogłowia i też chcieli, żebym pokręciła ustawieniami ich respiratorów.
- To później przyjdź tu na chirurgię, bo oni mają jeszcze trzy laparotomie - przekazała mi współdyżurantka.
Z oddziału intensywnego chcieli obstawę do tomografii ich pacjenta. Pomyślałam, że to zajmie chwilę, więc dogadałam się, że zaraz po nerwach do nich zejdę. Klient był o tyle pilny, że we wstępnym badaniu miał podejrzenie pourazowego rozerwania aorty. Aczkolwiek w wersji nieśmiertelnej. W kazdym razie nie w trybie natychmiastowym. Ale w każdej chwili ten tętniak, ta wynaczyniona buła na największej tętnicy w człowieku mogła pęknąć iiiii chuj. Całe moje obstawianie i patrzenie by się na nic nie przydało, bo by umarł w minutę.
W pracowni tomograficznej transportowy akwalung ciągle wył, dokładałam różne leki na załagodzenie konfliktu pacjent-respirator. Technik stroił sobie ze mnie żarty, a ja siedziałam jak na szpilkach.
Wtedy zadzwonił telefon dyżurny. Chirurgia.
- Halo?
- Witam. Co z naszymi operacjami? Kiedy możemy zacząć?
- Jak skończę tomografię, to od razu do was polecę.
- OK.
Pół minuty później kolejny telefon z tego samego numeru.
- Wiesz co... przekazałem mojemu starszemu i się... zdekompensował. Możecie to jak najszybciej zrobić?
- Badania nie przyspieszę, ale naprawdę, jak tylko to dokończę, to zaraz będę na waszym bloku. Tak jak się umawialiśmy.
- No dobra - odpowiedział młodszy chirurg bez przekonania i się rozłączył.
Kiedy zapakowałam pacjenta na wózek transportowy, z całym tym majdanem, z respiratorem, pompami, pulsoksymetrami i kiedy wyjeżdżaliśmy już z pracowni znowu zadzwonił telefon dyżurny i znowu z numeru chirurgicznego. Szłam korytarzem z powrotem w stronę oiomu, obok łóżka chorego.
- Kiedy u nas będziesz? Czemu jesteś gdzie indziej? Jak się umawialiśmy? Ty się o dwudziestej zmienisz, a my zostaniemy z robota na noc... - zaczął pyskować telefon.
- Ej no, nie pierdzę w stołek, pracuję.
Tym razem dzwonił już szef dyżuru chirurgicznego. Opierdalał mnie od góry do dołu.
- Słuchaj - zagotowałam się na czerwono - odpierdol się ode mnie! Pracuję! Jak skończę, to będę u was.
- Nie życzę sobie, żebyś do mnie tak mówiła!
- A ja sobie nie życzę takiego traktowania! Przepraszam. Do widzenia.
Pięć minut później byłam na bloku. Nie mieli nic pilnego. Nikt nie umierał. Zwyczajnie kilka zabiegów dyżurnych. Szef dyżuru to młody chłopak, ale zawsze go ceniłam za operatywę, podejście po pacjenta i umiejętności międzyludzkie na granicy anestezjolog-operator. Jednak tym razem coś mu odpieprzyło i postanowił odreagować na mnie swoje frustracje. I nawet nie to jest najgorsze, bo w takim molochu kombinacie jak nasz to codzienność, że ludzie odreagowują na innych swoje niepowodzenia i stres, ale zabolało mnie, że nie widział w tym nic złego i przyznał mi winę na wyłączność.
Koło dziewiętnastej skończyła się ostatnia operacja. Budziłam pacjenta, cuciłam i wachlowałam, ten dochodził już do siebie, oddychał sam z maską z tlenem, a ja przyglądałam mu sie bacznie czy sobie poradzi bez mojej czujności i czy mogę go oddać pod opiekę pań pielęgniarek z sali pooperacyjnej, kiedy do sali zajrzała głowa jednego chirurga, a za chwilę drugiego.
- Obudził się? - zapytał jeden na głos.
- Tak, jeszcze tylko monitoruję, ale wygląda w porządku, można dzwonić po oddział.
- A wiesz - zwrócił się jeden chirurg do drugiego olewając moje słowa - byłem przekonany, ze się nie obudzi. Myślałem, że umrze.
Nie no kurwa fantastycznie, chłopcy. Facepalm!
- To chyba pora iść na śniadanie... - wycedziłam cichutko i udałam się do pokoju odpraw pożreć łapczywie przygotowaną rano kanapkę.
Więcej się nie zamieniam!
2012-03-20 | 22:01:59
skomentuj (1)