Syntax Error. Respawn.

Informatykoni, technofici, elektrolodzy, cyfrolici opanowują krainę medyceuszy. Panoszą się i mnożą, wzrastając na nieprzyjemnie lepkiej żelatynie biurokracji, w odduszonych w eksykatorach przepisach prawnych. Przez niepohamowany rozwój ich kolonii, opornych na leczenie myślą i rozumem, rozwija się zakaźna dokumentoza.
W korposzpitalu, w którym niedawno jeszcze pracowałam, wprowadzają coraz to fikuśniejsze nowinki techniczne. Oczywiście o ile obowiązek prowadzenia dokumentacji medycznej nie podlega dyskusji, to już forma realizacji bywa nie tylko nieżyciowa i niepraktyczna, ale często stwarza też zagrożenie dla życia pacjentów. Tfu! miałam na myśli klientów, peselów, kolejnych liczb porządkowych w księdze rachunkowej.
Dyżurowałam w okresie wymiany starego systemu zarządzania bazą danych (fuj fuj fuj), na nowy, lepszy, błyszczący i z zaokrąglonymi rogami (cacy cacy). Nie można było wtedy w ogóle używać zapisów elektronowych i trzeba było stawiać tego pasjansa ręcznie. Historie chorób były gęsto kolorowane tuszem długopisów. Następny mój dyżur wypadał mniej więcej trzy tygodnie później. W tym czasie osoby, które dopadł ten pechowy los, miały obowiązek zamienić wstecznie wpisy ręczne na klawiaturowe. Dowiedziałam się o tym kiedy przyszłam do pracy. Powitało mnie pismo od dyrekcji, że nie wypłacą wynagrodzenia, dopóki nie uzupełnię zaległości. To, że nie było to technicznie wykonalne zostało pominięte i z zamysłem przeoczone. W powyższym piśmie wyszczególnione zostały numery ksiąg wymagających poprawy. I tu bareizmy zaczęły się sypać, turlać pod nogami, powodując moje akrobatyczne fikołki i liczne urazy.
Najpierw się okazało, że po numerze historii wyjątkowo trudno jest odnaleźć danego pacjenta i trzeba się wykazać buddyjska cierpliwością i pracowitością Kopciuszka, przekładającej kartki z prawej strony biurka na lewą. Oczywiście arkusz po arkuszu. Następnie system mi zakomunikował, że się nie da. Ale że nie wiadomo czemu. Uruchomiliśmy telefon do specjalisty. Droga Kasiu. Pan informatyk wypił płyn zmniejszający i pamiętając o zabraniu kluczyka ze stołu, wszedł przez tylne drzwiczki na mój pulpit, pootwierał okienka, zrobił przeciąg i zapachniało świeżym powietrzem, i miało być pięknie, radośnie, i już miało działać, a słońce miało rozjaśniać nam oblicza i włosy. Po czym się rozłączył. Oprogramowanie sklecone z blachy falistej, metr na metr, zgrzytało i trzeszczało, początkowo dość obiecująco, jednak nie współpracowało. Zadzwoniłam jeszcze raz. Pan był poirytowany. Poprosiłam o pomoc w odnalezieniu pacjentów. Powiedział, że muszę mu podać ich nazwiska i datę pobytu.
- Tego właśnie próbuję się dowiedzieć, żeby móc wejść we właściwą zakładkę i uzupełnić.
- Jestem teraz zajęty – wyjaśniał – jestem w przychodni i naprawiam komputer.
- Oj ok, to przepraszam. Nie chciałam przeszkadzać. Zadzwonię później. Chociaż skoro się tego nie da, to może najlepiej będzie jeśli przejdę się do pani dyrektor zapytać, kogo miała na myśli, typując te szczęśliwe numery.
Chwile później informatyk się ze mną skontaktował, że był zajęty, pacjentka czekała, a on tam naprawiał i….
- No rozumiem, dlatego nie chciałam…
- Proszę mi nie przerywać! Byłem zajęty! Pacjentka czekała! Drukarka nie działała! – skandował – A pani mnie straszy dyrekcją?! Tak się spraw nie załatwia! Ja mam wszystko nagrane!
Zagotowałam się. Nie dość, że siedzę nad czymś co jest niewykonalne, jestem karana za coś, czego nie tylko nie dało się zrobić, ale też nie zostałam o tym zadaniu wcześniej powiadomiona, to jeszcze jakiś głos w słuchawce opieprza mnie za to, że źle zrozumiał moją wypowiedź. Lont się dopalił.
- Cieszę się bardzo, że to się nagrywa! To teraz ja powiem do końca. Nie straszę pana dyrekcją, był pan zajęty i nie chciałam przeszkadzać, a mam tu pismo zwierzchnictwa, w którym zawarte są tylko numery, co, za przeproszeniem, GÓWNO mi daje.
Odłożyłam słuchawkę. Ręce mi się trzęsły. Chyba właśnie podpisałam wymówienie z pracy.
Nadal próbowałam rozwikłać zagadkę bitową, znieczulając jednocześnie pielęgniarką operowanego człowieka. Na szczęście nie tylko ja znalazłam się w tej niekomfortowej sytuacji, co ułatwiało to o tyle, że nie musiałam osobiście wykonywać rozmów telefonicznych. Przez kolczaste krzewy klasterów, zaschnięte badyle podkatalogów i nieprzetrzebiony, zarośnięty młodnik ustawień, ograniczeń i nieułatwień dostępu przedarłam się do komórki docelowej. Wprowadzałam dane jak szalona, klik klak tuk tuk tuk. ENTER!
Wyskoczył zza rogu z zaskoczenia komunikat o błędzie weryfikacji danych.
Wykonawcą procedury jest ta sama osoba, która została oznaczona jako personel uczestniczący!
Mój sztucznointeligentny biokryształ topniał z wysiłku, wznosząc się na wyżyny swej mocy obliczeniowej, kiedy próbowałam pojąć jak mogłabym być wykonawcą procedury, nie uczestnicząc w niej, jednak odpowiedź na to pytanie pozostała asymptotą funkcji rozumowania. Zaniechałam prób przekształcenia tego równania. Poległszy wśród odłamków tłuczonych kilobajtów musiałam ponownie skontaktować się ze specjalistą. Tym razem zadzwoniłam do innego. Ten próbował mnie przekierować do pierwszego, ale zwierzyłam mu się z naszej niefortunnej przygody i dość niezręcznej konwersacji, a uprzejmy dżentelmen postanowił mi pomóc. Cyk cyk myk myk cyk pstryk i praca domowa odrobiona.
Czekam teraz na konsekwencje. To jest na wypłatę majowego urobku i ewentualne zwolnienie z powodu nagrań z niezbyt udanym doborem słownictwa i środków stylistycznych.

Thriller

Najlepszą powieść akcji pisze codzienność.
Potomka moja miała w planach jechać z babcią i dziadkiem i kuzynem do Grecji, na tydzień, do hotelu z basenami, lodami, słońcem i innymi atrakcjami dla dzieciarni. Od tygodnia przeżywała, czekała, planowała. Uzupełniłyśmy ekwipunek w kosztowne sprzęty z marketów specjalistycznych i wielobranżowych. Dzień przed wyjazdem zapakowała całą walizkę, trzy razy sprawdzałyśmy czy wszystko jest. Było! Co za cudowny dzień.
W dniu wyjazdu ja miałam być w pracy do godziny piętnastej, w odległości około osiemnastu kilometrów z korkami od domu. Młoda za to miała być w szkole, do czasu aż dziadkowstwo ją odbierze w środku edukacji podstawowej. Wszystko się udało.
Dzwonił telefon od taty – myślałam sobie: dojechali, ufff, zaraz wezmą graty i poinformują mnie o wyprawie na lotnisko, pomachają łapkami, a ja będę im życzyć udanego pobytu.
- Halo?
- Gdzie jest paszport Niny – usłyszałam w słuchawce.
Oooooooo ooooooo oOOOOOOO OOOOO KUUUUUUU RRRRRRR
No jakoś tak. Nie ma potrójnego pogrubienia czcionki, które wyraziłoby mój stan w tamtej chwili. Stan przedzawałowy. Perforację żołądka w przebiegu wrzodu stresowego o typie fulminans. Omdlenie poronne – takie, że chciałabym zemdleć, ale jestem mimo przeciwności losu przytomna i muszę stawić czoła okolicznościom.
- Yyyyy – zaczęłam. – Nie wiem – uzupełniłam.
Później wyliczałam pierdylion miejsc potencjalnego pobytu wspomnianego dokumentu. Przypomniałam sobie, że paszport był przeterminowany. W tym celu wyrabiałam jej dowód osobisty, który w lutym zabierałyśmy na inny wyjazd zagraniczny. Wtedy był. Był w torebce. A może w kurtce? W tej zimowej nie ma? A sprawdźcie w plecaku. W nerce. W bluzie. W każdej dowolnej torbie napotkanej w mieszkaniu.
Nie ma nie ma nie ma.
Pamiętałam, że po powrocie ze wspomnianej wycieczki wkładałam go do swojego portfela, żeby później przełożyć do etui z kartą miejską, ale jakoś nie trzymało się zbyt stabilnie i uznałam, że wypadnie, więc włożyłam w inne, bezpieczne miejsce. A może tylko chciałam włożyć? Gdzie jest karta miejska? Nie ma. Od miesięcy dziecko jeździ na gapę, bo kartę miejską ma gdzieś. No gdzieś ma. Legitymację też. I bałagan w pokoju.
Zadzwoniłam do pani, która okresowo wpada do mojego pierdolnika i zamienia go w żurnalowy pałac, żebym po kilku godzinach znów zamieniła go w pierdolnik.
- Dzwonię w nietypowej sprawie, czy widziała pani może pałętający się gdziekolwiek dowód osobisty?
- Aaaale… yyy, co?
Pani nie jest pochodzenia polskiego, więc czasem ma problemy ze zrozumieniem bełkotu.
- Dowód, osobisty, czy gdzieś leżał? Rzuciło się pani w oczy?
- To taka karteczka? – zawężała zakres poszukiwanego przedmiotu.
- Tak! Różowa, albo czerwona, jakaś taka. Plastikowa karteczka ze zdjęciem.
- No nie wiem na pewno… była… może na biurku? Albo na półce z książkami?
- Ale widziała pani coś takiego?
- No karteczkę tak.
Czyli musiało, no musiało być. Diable odsuń ogon!
Na lotnisku mieli być na godzinę piętnastą. O czternastej ginekolodzy zastanawiali się czy brać leep-a czy histeroskopię, ale czemu nie ma miejsca w sali pooperacyjnej, zaraz kogoś wyrzucimy [przyp. aut. - w tym szpitalu po k.a.ż.d.y.m znieczuleniu człowieki trafiają do sali monitorowanej]. Dostawka, może dwie dostawki. Bierzemy? Ale kogo? Nie ma badań. A są potrzebne?? Dobra, nie są! Bierz i dawaj i rób to! Namawiano mnie, żebym zadzwoniła do szefa, poprosiła o szybką pilną zmianę, żeby móc w trybie natychmiastowym i najlepiej z eskortą policyjną na sygnałach przelecieć między dzielnicami miasta. Sprawa życia i śmierci! Jeśli dowód się nie znajdzie i córka nie pojedzie, to umrze ze zgryzoty i smutku. Ale kto u licha mógłby przyjść tu o czternastej w piątek. Zanim zgłoszę, zanim Ojciec kogoś znajdzie, zanim go wyśle, zanim zanim, to zdążymy już to skończyć. Róóóbmyyyyy!!!
Rodzice dzwonili co chwilę meldować że dowodu nie ma tu, ani tam, ani w miejscu numer trzy, cztery, pięć, dziesięć, piętnaście. W miejscach wskazanych jako potencjalny pobyt karteczki też nie. Sprawdzali dwukrotnie. Nigdzie. W końcu zakomunikowali, że jadą na lotnisko i najwyżej odeślą Ninę do domu taksówką.
Przez cały tydzień kończyłam pracę dużo przed czasem, wysiadywałam dupogodziny w oddziale, doglądałam nasze służbowe, popsute akwarium, które się rozkleiło i płakało jezioranką na torby rzucane pod nim. Ale w piątek, jak zawsze, trzeba wyrobić nadprogram, bo co spadnie, to będzie zalegać przez weekend bezproduktywnie w szpitalu. eNeFZet nie zapłaci za tyle, tylko za procedurę. A doba hotelowa w szpitalu kosztuje więcej, niż w tym w Grecji. Nie wliczając w to niepoliczalnego cierpienia ludzkiego i strat moralnych.
Minuty uciekały, GATE OPEN, boarding.
Czternasta pięćdziesiąt. Wybiegłam z kombinatu, wsiadłam do Brudasa, który przypomniał mi melodyjnie, że TU RU RU. Kolejny raz potrójnie pogrubioną czcionką muszę nadmienić, że NIE MIAŁAM BENZYNY. Ale, że tak całkiem. Nie sądziłam nawet, że dojadę do pracy, ale się udało. Ale w drugą stronę? Taksówką może? Motyla noga, ojejku co za pech. Wyłączyłam klimę, zaniechałam wyłączania irytującego automatu start-stop. Turlałam się w stronę domu na niskich obrotach, z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę. No czasami trochę szybciej, kiedy zamykałam okna. Paliwa starczyło. Nie wiem jak. Może Brudas, zwany Edkiem, jechał napędzany empatyczną chęcią niesienia pomocy. Zaparkowałam gdzie bądź, wbiegłam do mieszkania i doskoczyłam do miejsca, które było wielokrotnie sprawdzane, z racji mojego przekonania, że gdzieś tam był dowód kiedyś, może w poprzednim życiu, a może to mi się przyśniło, a może ta karteczka… Wysypałam zawartość zbiornika na biurko. Pac, diabeł odsłonił. Dowód był. Tylko jak go teraz dostarczyć na lotnisko, nie mając benzyny. Oczekiwanie na taksówkę w godzinach korków odpadało. Pomoc przygalopowała na srebrnym, niemieckim rumaku, karmionym pożywnym olejem napędowym, za nic mając ostrzeżenia dobrodusznego Yanosika, że kolejny raz straci prawko, za popierdalanie ponad limity oznaczone w czerwonych kółkach. Cwałem w stronę portu lotniczego, samolot wstrzymany, cały świat wstrzymany, oddech wstrzymany, tempo wstrzymane, zwolnione do granic wytrzymałości. Każda sekunda trwała godzinę, czyli dłużej niż w czasie oczekiwania na pogotowie, kiedy człowiek umiera. Wbiegłam, znalazłam, przekazałam dowód. Podążyli w stronę bramek odprawy. Wybiegłam. Parking kiss & fly ma prawdopodobnie inny czas ustawiony na zegarze wjazdu i wyjazdu. Przy kasie parkomatu pan kłócił się panią obsługującą parking, że był tu dwie minuty, a i tak go nie chce wypuścić. Ja też byłam góra pięć, raczej cztery, ale napisało mi przy szlabanie na wyświetlaczu, że czas przekroczony. Cennik parkingu lotniska to trzydzieści zeta za przekroczenie magicznych siedmiu minut. Później już taniocha. Chuje.
Wieczorem dostałam wiadomość że ekipa dotarła szczęśliwie na Greckie lotnisko.
Jezus, Maria, Józef, Stalin!
Padłam.

//Powyższy opis, z racji niedostatecznych środków wyrazu piszącej, nijak się ma emocjonalnie do faktycznych przeżyć przeżywających tę sytuację//

Zamachowiec

Kupiłam garnek. Kod kreskowy z informacją przylepiono od spodu. Wymoczyłam denko we wrzątku i papier elegancko odszedł, zostawiając prostokątną plamę dobrego, solidnego kleju. Pomyślałam, że tylko osoba o małym rozumku mogła tego dokonać, ale naraz naszły mnie wątpliwości. Dum dum dum dum, szemrzące werble w tle… A jeśli zamiarem naklejającego było, by odklejający polał garnek toluenem, benzenem, izopropanolem, gargantuą i pantagruelem, a następnie wstawił go na gaz?
Hę?

Paranoid Android (33)

Oko androida rozchyla powieki. Fotony biją na alarm w światłoczułą płytkę. Wizjer uruchamia nagły flush, solidne chluśnięcie, wielką falę elektryczności rwącej szerokopasmowo obwodami. Zanim prąd płynący przez kryształ, rozgrzeje go do temperatury użytkowej, pojawiają się nieudolne próby myśli, drobne przepięcia i glitche. Ułamki sekund paniki.
Która godzina?! Zaspałam?! Gdzie jestem?! Na którą do pracy?! Do której dziś pracy?! Czy przygotowałam jedzenie?! Czy mam buty?!
Jeszcze gorsze rzeczy dzieją się po nieoczekiwanej pobudce z popołudniowej drzemki w dzień wolny od pracy zimą. Ale czy na pewno wolny?! Jest dzień czy noc?! Jaki dziś dzień?! Jaki rok?!!
System androida ładuje się bardzo szybko, jednak paniczny lęk ma jeszcze szybszych posłańców, zawiadamiających podrzędne struktury o gotowości do popłochu i histerii. Pompa układu hydraulicznego przełącza się na wysokie częstotliwości drgań. Cała struktura zgina się w pół, sadzając androida na łóżku, a liczne analizatory zbierają impulsy zmysłowe z otoczenia.
- Ach… jestem w pracy – dociera wiadomość do głównego procesora – Mogę spać dalej.
Pac!
Kurtyna!

Weekend?

Wolne weekendy są bardzo niepokojące. Żyjesz w wiecznym lęku i stresie. Minął wieczór. Ok, wieczory bywają wolne, a następnego dnia trzeba iść do pracy, ale budzisz się na bani i panicznie przeglądasz telefon – godzina, data, grafik, data, grafik, data, godzina. Ufff! Możesz jeszcze spać. Chociaż mdli. Tak, przecież planowałaś to wczoraj, sprawdzałaś, że możesz zażywać przegrywać. Dzień się rozkręca, o siedemnastej próbujesz czy dasz radę zjeść śniadanie. Weszło gładko. Klinujesz, żeby nie spadać zbyt szybko, ale myślisz ciągle o tym, że wieczór nadchodzi, a jutro do pracy. Na pewno jutro?! Sprawdzasz datę i grafik czy przypadkiem nie masz dziś na noc. Ze zdumieniem konstatujesz, że noc obstawiają inni, a jutro też masz wolne i możesz spać. Tak po prostu, bez budzika. Ale DWA DNI?! Sprawdzasz dokładniej, trzymając palec na rubryce [nazwisko:data]. Jasny gwint! Cała doba wolna… To już zaczyna być dziwne. Nie dość że DWA DNI to jeszcze TRZY WIECZORY wolne. Musiałaś coś pomylić. Sprawdź jeszcze raz.

Korpokosmos

Dyżuruję sobie w szpitalu z kosmosu. Szpital glamour, z designem dla lemingów, w którym pacjentki to ładne, schludne, zadbane i w biel odziane ciężarne, rodzące słodkie i pachnące bobaski w becikach.
Tak to wygląda na folderach reklamowych i w wyobraźni dyrekcji.
Przejdźmy teraz pod pokład, gdzie (jak to w szpitalu) są chorzy ludzie, których (o dziwo) trzeba leczyć.
Potrzebne mi było pilne badanie gazometryczne. Wsadziłam rurkę w tętnicę, pobrałam krew i osobiście poleciałam do laboratorium, bo na kilka oddziałów jest tylko jedna salowa przeznaczona w tym celu. Spotkałam ją zresztą przy okienku pracowni diagnostycznej więc najpierw musiałabym czekać, aż będzie wolna. Nikt nie podchodził.
- Pani zadzwoni jeszcze raz – namówiła mnie.
Nacisnęłam guzik. Rozzłoszczona laborantka wyszła energicznie zza ściany, przeklinając pod nosem, że jak będzie ciagle chodzić odbierać materiał z okienka, to nie zrobi żadnego badania. Zamaszyście zgarnęła skierowania i próbki i poszła.
Po czasie oczekiwania dłuższym niż jest konieczny do wykonania pełnego badania pani wróciła prosząc mnie nerwowo, żebym się dowiedziała w oddziale jaki jest pesel pacjentki, bo ten jej nie wchodzi. Zerknęłam. No dobra, może trochę niewyraźny był ten mój bałwanek ósemki. Skorygowałam. Pesel przyjęty. Po kolejnej dłuższej chwili oczekiwania pani wyszła jeszcze energiczniej zza ściany pytając o nazwisko na pieczątce.
- Już mniejszego stempla nie można było zrobić?!
Przeczytałam jej napis. Pani wróciła do aparatu, a ja wróciłam do czekania. Za moment jednak znowu wychyliła się zza ściany, już nie szła do okienka, tylko krzyczała.
- To na pewno jest krew tętnicza?! Bo za ciemna!
- Tak! Dlatego zależy mi na czasie!

W końcu doczekałam się wyniku. Oprócz tego, że pani nie wymieszała próbki więc wartości niektórych parametrów wyszły kosmiczne (jak na szpital z kosmosu przystało) to pozostałe, prawidłowo oznaczone parametry były nieprawidłowe. Właścicielka zbadanej krwi zdecydowanie wymagała leczenia, ale tu zaczęły się jeszcze większe schody, o których nawet nie wypada mówić.
Czas chyba zostać dyżurnym turbo, na podobieństwo ratowników z powołania i nosić ze sobą żulóweczkę z asortymentem wyrobów medycznych.

Za rogiem czyha życie

Zdobywszy wykształcenie zawodowe zaczęłam rozglądać się za pracą zarobkową w swojej branży. Izba uczy, bawi, wychowuje, ale słabo płaci, upokarza, drenuje siły witalne, a przede wszystkim nie mieści się w profilu anestezjologicznym, który obrałam za swoją życiową drogę służbową kilka lat temu.
Po dłuższym czasie upatrzyłam sobie niewielką, wąskoprofilową placówkę. Nad wyraz rozmowny i miły ordynator zachęcał, opowiadał, instruował, oprowadzał mnie po korytarzach, a na koniec w gabinecie wyjawił tajnik stawki godzinowej. Była imponująca! Przyklasnęłam i ruszyłam załatwiać formalności niezbędne, by zostać przedsiębiorcą. Dostałam też grafik na marzec, w którym kilkukrotnie mnie ujęto. Tymczasem dyrektor jednak uznał, że mnie nie zatrudni, bo potrzebuje ludzi na etat, na pełny wymiar godzin. I tak co drugi dzień słyszałam różne wersje: ordynator poklepywał po plecach zapewniając, że oczywiście tam pracuję, kadrowa natomiast, że wręcz przeciwnie, bo nie ma zgody kierownictwa. Po kilku tygodniach zadzwonili, że jednak się udało i że zapraszają pierwszego dnia pracy, żebym podpisała umowę. Przyszłam przed dniem pierwszym. Czekała na mnie obiegówka pełna szkoleń – strażak, informatyk, iso, bhp, itp i umowa. Umowa na trzy miesiące z zupełnie innymi stawkami.
Sytuacja okazała się kijem w mrowisku. Lokalne śpiwory obruszyły się, że precedens, że jak przyjdzie tani robol, chiński murzyn, to im też obniżą pensje. Ordynator przeżywał, że zrobiono z niego idiotę. Ja przeżywałam, że jak lojalnie nie zgodzę się na te warunki, to postawie w trudnej sytuacji szefa, który będzie musiał znaleźć zastępstwo na moje dniówki. A ja tak strasznie nie chcę sprawiać problemu…
W końcu stanęło na tym, że przylazłam do roboty.
Monitor pikał, czytałam bez zrozumienia kartę znieczulenia i zleceń, zastanawiając się jak się je wypełnia na sposób tubylczy. W drzwiach stanął Dyżurny.
- Słuchaj… – zaczął – podobno nic nie postawiłaś na wejście… uuuuu… słabo to wróży.
Aha.
Identyfikator nie otwierał mi żadnych drzwi, system informatyczny mnie nie znał, aparat do znieczulenia zadawał mi zagadki. Biednemu zawsze słońce w oczy.
Po długim polowaniu na ukrywającego się i unikającego konfrontacji dyrektora udało się przyłapać go w windzie. Poinformował ordynatora, że krótki okres zatrudnienia i niska płaca wynikają z tego, że jestem jeszcze młoda (rozumiem, że to komplement) i nie wiadomo jak pracuję. I tak można całe życie zaniżać stawki, bo to dzieciak dopiero po maturze, dopiero po LEPie, dopiero po specjalizacji, dopiero po doktoracie, dopiero po profesurze. Interesujące, że tylko ja zostałam potraktowana umową próbną. Inni, którzy przychodzili tam na kontrakty dostawali od razu normalne wynagrodzenie.
Przebolałam. Przecież tak strasznie nie chcę sprawiać problemu. To prawda, że na co innego się umawialiśmy, ale i tak nie jest tragicznie, bo porównywalnie jak w innych szpitalach.
Zabunkrowałam się na bloku i czas mijał do piętnastej, kiedy znów przyszedł Dyżurny i powiedział, żebym szła do domu.
- Ja już obudzę. Sevo skręcone, pan już coś tam reaguje, tylko rurę wyciągnąć – wyjaśniłam.
- To dokończ kartę i idź już – nalegał.
- Ale daj spokój no, nie będę ci zostawiać gościa tylko do przełożenia na łóżko.
- Nikt ci po piętnastej nie zapłaci.
- Rozumiem, ale jakoś tak… jak to tak… – zaczęłam jąkać. – Nie zostawia się do budzenia, już skończyłam.
Przyjął do wiadomości i poszedł.
Kiedy przekazałam pacjenta do sali wybudzeń poinformował mnie, że kiedy ja będę miała dyżur, to mam zmienić o piętnastej kogoś, komu przedłuża się zabieg. Niezależnie od etapu. Bo tak się tam robi. Anestezjolog się ceni i skoro nie płacą nadgodzin, to się wychodzi punktualnie.
I tak oto znowu, starając się być uprzejmą i całkiem normalną, bo tak strasznie nie chcę sprawiać problemów, spowodowałam zamieszanie i zaburzyłam lokalny, pielęgnowany zwyczaj.
Socjofob wśród ludzi jest finezyjny jak facet z drabiną lub inny słoń w składzie porcelany.

Social skills -100